Moja przygoda z fotografią zaczęła się 2, może 3 lata temu. Było to bodajże w maju. O ile nie pamiętam dokładnej daty, tak doskonale przypominam sobie piękną pogodę. Świat skąpany w ożywczych, ciepłych promieniach słońca pokryty był soczystą zielenią rośliń. W skrócie, nie dało się cierpieć na niedobór witaminy D. To właśnie tego dnia zrodziła się w mojej głowie myśl, że fajnie byłoby robić zdjęcia.

Myśl ta była jak adoptowany szczeniaczek. Na początku nieśmiała i skryta, póżniej możesz go pogłaskać, a jeszcze później, gdy już się zadomowi to człowiek nie jest w stanie udać się nawet do wygódki bez kompanii radośnie merdającego ogonem przyjaciela. Gdy moja relacja z tą myslą weszła na ostatni poziom, wiedziałem, że zakup aparatu to już tylko kwestia czasu.
Ze skrajności w skrajność
Było to o tyle ciekawe, że nigdy nie byłem za pan brat z robieniem zdjęć. Byłem typem człowieka lubiącego patrzeć na świat własnymi oczami, nie przez wizjer aparatu, czy ekran smartfona, a samo fotografowanie traktowałem jak coś, co odwraca uwagę od tego co dzieje się w realnym życiu. Coś mnie jednak ciągnęło, aby spróbować się w tej sztuce. Może była to aura tajemniczości jaką w moim ówczesnym poglądzie otaczała wokół siebie fotografia,a może po prostu naoglądałem się za dużo pięknych zdjęc w internecie. Koniec końców klampka zapadła i dostałem w swoje ręce amatorską lustrzankę, a mój pogląd na temat fotografii wywrócił się do góry nogami.

Carpe Diem
Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że dzięki fotografii mogę popatrzeć na świat z nieco innej perpektywy. Zacząłem zwracać uwagę na rzeczy, które prędzej nie miały dla mnie większego znaczenia, albo po prostu ich nie zauważałem. Gdy dodamy do tego wszystkie kwestie związane ze sprzętem, optyką, sposobem wykonywania zdjęć, czy sprawami – nazwijmy je – okołofotograficznymi (takimi jak: planowanie i organizowanie sesji szukanie inspiracji, obróbka i wiele innych) otrzymamy mieszankę iście wybuchową. Mnie osobiście owa mieszanka pochłonęła bez reszty. Jak na ironię, to co kiedyś uważałem za złodzieja chwili obecnej, stało się czymś, co pozwala mi jeszcze mocniej się w niej pogrążyć i chwytać to, co normalnie pewnie by mi umknęło.
Impuls
Koniec końców z fotograficznego sceptyka stałem się osobą, która dziś bez zająknięcia na pytanie: „czym się interesujesz/zajmujesz?” odpowiada: „fotografią”. Doszło nawet do tego, że postanowiłem założyć bloga, na którym będę dzielić się z wami moją pracą, przemyślaniami, historiami, anegdotami, zaproszę was na sesję i do mojej cyfrowej ciemni. Ze skrajności w skrajność, jak mawiał klasyk. Nie ukrywam, że ta natrętna myśl, która nawiedziła mnie pewnego ciepłego, majowego dnia stała się impulsem do ciekawych zmian, które miały miejsce w ostanich kilku latach w moim życiu, przy okazji ucząc mnie, aby nie bać się polegać na intuicji, wewnętrznym głosie, który czasem szepcze, a czasem wręcz krzyczy namawiając do działania. Działania czasem prostego, a czasem wręcz rewolucyjnego, które tak jak w moim przypadku, może wywrócić wam świat do góry nogami. Bo tak było ze mną, sprawa tak prozaiczna jak nowe hobby, stała się zapłonem do zmian nie tylko w życiu, ale i we mnie jako człowieku. Dlatego nie bójcie się od czasu do czasu zaufać intuicji. Trochę przewrotności w tej pełnej rutyny i schematów codzienności na pewno nie zaszkodzi 🙂