Aparaty, sarenki i fizyka kwantowa

Aparat kupiłem w zestawie z kitowym teleobiektywem. Jako, że lubię wszelkiej maści istoty żyjące to uznałem, że fotografia przyrody to coś w sam raz dla mnie. Na dodatek w miejscu, w którym mieszkam występuje całe mnóstwo różnych zwierząt: saren, jeleni, dzików, zdarzają się zające i lisy, a raz na przechadzkę zapuścił się tutaj nawet wilk. Kumulacja.

Były zwierzęta, był aparat, obiektyw i ja – przyrodnik amator. Pozostało tylko zrobić jakieś zdjęcia i czekać na telefon z National Geographic. Zdjęcia, owszem, jakieś zrobiłem. Raz udało mi się sfotografować sarnę – uwaga – z podchodu! Fakt faktem sarenka była tak przyzwyczajona do kontaktu z ludźmi, że równie dobrze mógłbym zrobić sobie z nią selfie, ale radości i tak miałem co nie miara. Gdyby ktoś pytał to nie, nie zadzwonili z National Geographic 😉

Oto i moja sarenka. Na górze możecie zobaczyć jak zdjęcia wyglądały po zgraniu ich z aparatu. Przyznaję, musiałem za nimi trochę poszperać w zakamarkach mojego twardego dysku, ale chciałem wam je pokazać. Uznałem, że może warto dać im drugą szansę i pod spodem możecie zobaczyć moje próby „uratowania” tychże zdjęć. Jak wyszło oceńcie sami 🙂

Od czasu do czasu wybierałem się na takie bezkrwawe łowy, ale efekty były, określę to bardzo łagodnie, takie sobie. Co prawda wiedziałem wtedy o fotografii(nie tylko przyrodniczej) tyle, co świnka Peppa o fizyce kwantowej, ale satysfakcji jaką czułem podczas siedzenia godzinami w krzakach nie zabierze mi nikt. Czasem nawet udało mi się nazbierać nieco grzybów więc jakiś szczątkowy pożytek ze mnie jednak był. W końcu poczułem, że fotografowanie zwierząt to nie moja para kaloszy. Polubiłem jednak ogólnie pojęta fotografię przyrodniczą, a zwłaszcza takie tematy jak drzewa i owady.

Apropos owadów. Taki o żuk sfotografowany pewnego dnia na wycieczce po lesie.

W przerwach od jakże owocnych polowań, badałem coraz to nowe obszary w świecie fotografii. W gruncie rzeczy to robiłem zdjęcia wszystkiemu – chyba jak każdy kto pierwszy raz dostał do ręki aparat fotograficzny. Były i krajobrazy, i zdjęcia przedmiotów, i twory, które najbezpieczniej określić jako „abstrakcyjne.” Na koniec natomiast zostawiłem zdjęcia ludzi.

Pewnego dnia poprosiłem narzeczoną o poświecenie mi chwili czasu celem zrobienia jej paru zdjęć. Kto z was widział zdjęcia, które robię, pewnie domyśla się, że ten rodzaj fotografii pochłonął mnie najbardziej.

Oto, proszę państwa, zdjęcie, od którego zaczęło się moje zamiłowanie do portretów 🙂

Od tego momentu postanowiłem poszerzać swoją wiedzę na temat fotografii i gromadzić doświadczenie w robieniu zdjęć. Proces ten trwa nieustannie do dzisiaj i nie zapowiada się szybko się skończy. Jasne, że dzisiaj gdy patrzę jak wyglądały moje prace kiedyś, wiem, że zrobiłem spore postępy. Wiem również, że przede mną jeszcze lata świetlne nauki i praktyki. Jestem jednak dobrej myśli bo, jak to mówią, „nie od razu Kraków zbudowano.”

Ostatnio wspominałem o tym, że los czasem bywa przewrotny. Wiem, wiem, odkrywcze stwierdzenie. Dzisiaj dodam, że owa przewrotność, niczym doppler w fantastyce Sapkowiskiego, przybiera różne formy. W moim wypadku polegała na tym, że dalej jestem przyrodnikiem amatorem. Zmieniły się jedynie sarenki, które fotografuje. A świnka Peppa… No cóż, Peppa w miedzy czasie liznęła coś nie coś na temat fizyki kwantowej.

Dodaj komentarz