Mój przyjaciel Retusz

Dzisiaj piszę do was z tej oto altany ;P

Z Retuszem poznaliśmy się niedługo po tym, jak kupiłem aparat. Gość, pomimo swej tajemniczości, wydawał się być całkiem w porządku. Coś w głębi duszy podpowiadało mi, że na pewno się polubimy. W sumie jak można nie lubić kogoś, kto potrafi, na przykład, magicznie powiększyć piersi…

Oczywiście żartuję (a może nie?^^). Mam nadzieję, że płeć piękna (niekoniecznie mam na myśli kobiety) nie poczyta mi za złe tego grubiańskiego, niskiego poczucia humoru.

Wracając do tematu. Przeczucie i tym razem mnie nie zawiodło bo zostaliśmy z Retuszem dobrymi przyjaciółmi. Nasza przyjaźń była z gatunku tych męskich i twardych jak skorupka orzecha włoskiego, ale, co warto podkreślić, nie była to znajomość bezcelowa. Tak się składa, że już na początku zawarliśmy z Retuszem pewien rodzaj umowy. On miał pomóc mi tworzyć lepsze zdjęcia i pokazać nowe możliwości, ja natomiast miałem brać pełną odpowiedzialność za owoce naszej kolaboracji. Jeśli wszystko idzie dobrze – na moją głowę wieniec laurowy, jeśli coś zepsuję- na moje plecy bat. Zgodziłem się.

Muszę wam powiedzieć, że ten Retusz to ciekawy jegomość – wielki retoryk i niestrudzony naciągacz. Namówił mnie na sporo interesujących inwestycji, ale co ważniejsze, zawsze okazywało się, że miał rację, a inwestycje zawsze były bardzo udane. I tak namówił mnie ma zakup kilku programów graficznych, kalibratora ekranu, tableta graficznego, a ostatnio przekonuje mnie do nabycia pewnej wtyczki do Photoshopa. Ciekaw, kiedy znów ulegnę temu krętaczowi…

Ciekawe, kto wie, co jest na pierwszym planie 🙂

Pozówlcie, że porzucę już ten ton bajarza i zacznę pisać do was jak człowiek.
Jesli chodzi o obróbkę zdjęć, czy samą w sobie grafikę komputerową, to lubię je nie mniej niż robienie zdjęć. Jak już kiedyś pisałem: w moim warsztacie, retusz jest integralną częścią procesu powstawania fotograficznych prac.

Z perspektywy czasu wiem, że nauka obróbki, którą zacząłem równolegle do nauki robienia zdjęć, to był dobry pomysł. Głównie dlatego, że w moim odczuciu te dwa tematy bardzo mocno się przeplatają i uzupełniają. Co więcej, paradoksalnie retuszowanie zdjęć nauczyło mnie sporo o fotografowaniu. Jak? To bardzo proste. Po pierwsze nauczyłem się lepiej kadrować zdjęcia. Po drugie, oglądanie zdjęć na monitorze weryfikuje, czy dane ujęcie jest dobre i „poprawne”, czy też nie. Nie twierdzę, że osoby, które nie obrabiają zdjęć, albo robią tylko delikatny retusz nie oglądają swoich zdjęć na monitorze. Mam na myśli raczej fakt, że jeśli spędzimy nad zdjęciem dłuższy czas to prawdopodobnie zauważymy rzeczy, na które nie zwróciliśmy wcześniej uwagi, albo zwyczajnie nam umknęły. Na przykład, portret oglądany na wyświetlaczu aparatu wydaję się być świetny, ale sprawy komplikują się, gdy po obejrzeniu tego samego zdjęcia na monitorze okazuje się, że jest okrutnie poruszone, albo nieostre. Prawdą jest, że jeśli takie zdjęcie ma być wrzucone tylko na FB, albo wydrukowane w małym formacie to prawdopodobnie można go uratować, tak że nikt nie zorientuje się, że fotografia była spartaczona. Nie zmienia to jednak faktu, że zdjęcie było poruszone/nieostre, a winę za to, w lwiej części przypadków, ponosi osoba, która to zdjęcie wykonała. Jak z tego nauka? Może trzeba było użyć statywu, albo skrócić czas naświetlania itd. Co więcej, takie dokładne, wielokrotne oglądanie naszych prac pozwala nam dobrze poznać możliwości naszego sprzętu. Tutaj podam przykład z autopsji. Mianowicie bardzo lubię robić zdjęcia z tak zwanej kontry czyli pod światło bo daje to bardzo przyjemny efekt poświaty wokół fotografowanego modela/modelki. Jednak po zrobieniu pewnej ilości takich zdjęć i obrobieniu ich wiem, że mój obiektyw 35mm w pewnych warunkach cechuje się potężną abberacją chromatyczną (w dużym skrócie to taka wada układu optycznego, która powoduje, że wokół obiektów pojawiają się różnokolorowe otoczki), na przykład podczas właśnie zdjęć z kontry. Nie oznacza to, że już nie robię zdjęć pod światło, ale raczej, że wiem z czym się liczyć kiedy się zdecyduje na takie właśnie ujęcie.

Na zdjęciu Magda. Jak się domyślacie, zdjęcie robione własnie z kontry.

Z drugiej zaś strony, robienie zdjęć nauczyło mnie sporo o ich obróbce. Tutaj mam na myśli głównie podejście typu: „to się poprawi w Photoshopie”. Ogólnie rzecz biorąc sporo osób, gdy zaczyna przygodę z programami graficznymi, nie może się oprzeć ogromowi możliwości oferowanych przez takie oprogramowanie. Z jednej strony, na początku często przesadza się z obróbką, a z drugiej prowadzi do tego, że taka osoba nie przykłada się zbytnio do samego wykonywania zdjęć. Dla przykładu znowu odniosę się do portretu. Na przykład, włosy modelki/modela są źle ułożone, elektryzują się itd – poprawi się w później. Coś rozprasza w tle – usunie się później. Wymieniać można by bez końca.

Jeśli komuś takie podejście odpowiada to okay, nie ma tematu. Sam kiedyś byłem w tym miejscu, a i dalej zdarza mi się złapać się na takim myśleniu. Jednak takie podejście zaczyna być problemem, gdy zależy nam na czasie bo kierująć się ideą „zrobi się w Photoshopie” dodajemy sobie sporo pracy. Czas realizacji projektu się wydłuża i mozna sobie napytać biedy.

Jako, że kwestia czasu została poruszona to pozwolę sobie nieco ten temat rozwinąć. Otóż czasami ludzie pytają mnie ile trwa sesja zdjęciowa, albo ile się czeka na gotowe zdjęcia. Odpowiadam wtedy, że na samą sesję z reguły schodzi mi około 2 godzin, ale gotowe zdjęcia oddam za tydzień/dwa. Często zauważam wtedy lekko zdziwienie rysujące się na twarzy mojego współrozmówcy. Oczywiście taka reakcja nie jest dla mnie niespodzianką bo sam na początku nie wiedziałem, jak czasochłonna moża być obróbka zdjęć.

Ile w takim razie czasu może to zająć? No cóż, robię głównie zdjęcia portretowe i zależnie od mojej wizji, oczekiwań klienta i samego zdjęcia może to być 15 minut, ale może to być również kilkanaście godzin. Cytując klasyka: „zależy, jak leży”.

Z tego miejsca warto wspomnieć, że wypowiadam się tutaj z mojego subiektywnego punktu widzenia. Dla mnie robienie zdjęć i retusz są nierozłączne. Wiem, że są ludzie, którzy nie zdjęć nie retuszują. Albo uważają, że tego nie robią, ale to już inna bajka. Wiem też, że są tacy, którzy retuszem, że tak się wyrażę, żyją. Moim zdaniem w tym temacie nie ma złego podejścia, ale uważam również, że warto wykorzystywać dobrodziejstwa techniki. 😉

Plik w formacie RAW prosto z puszki
I po obróbce

Powoli trzeba będzie kończyć ten wpis bo czuję, że chyba idę po rekord w kwestii długości posta na tym blogu 😉 Tematu, co prawda jeszcze nie wyczerpałem, ale wiadomo – umiar też mieć trzeba. Tak więc, dzięki za poświecony mi czas i do zobaczenia!:)

Jedna odpowiedź na “Mój przyjaciel Retusz

Dodaj komentarz