Nie jest nieznanym fakt, iż żyjemy w mocno specyficznym czasie. Czasie zmian, których nie widzieliśmy już od dawna, a przynajmniej od wiosny, kiedy to drzewa zaczynały pokrywać się zielonym listowiem. Tak też obecnie obserwujemy zmiany, które są tak podobne, a tak różne zarazem. Drzewa porzucają zieleń na rzecz cieplejszych barw, aż w końcu w tej czerwieni wykrwawiają się i gubią liście. Złota, polska jesień, bo o niej mowa, to zaprawdę przepiękna pora roku!
No właśnie – polska, złota jesień. Najbardziej nacjonalistyczna pora roku. Wszak nie mówimy o polskiej zimie, wiośnie, czy w końcu lecie. Za to jesień! To już inna para kaloszy, bo i te bywają potrzebne w trakcie tej pory roku. Chociaż uczciwie przyznać należy, że gdy potrzeba kaloszy to znaczy, że jesień jest deszczowa, a wtedy nie nazywamy ją polską i złotą. Tak więc pamiętajmy. Gdy jest ciepło i słonecznie to jesień jest złota, i polska. Natomiast, gdy jest deszczowo i nie daj Bóg chłodno/zimno to wtedy jesień po prostu… jest.

Wedle starego zwyczaju pogadaliśmy sobie na początku posta nieco od czapy. Tak w ogóle to ten patent (tzn na początku głupoty, a potem konkrety) podpatrzyłem, a dokładniej rzecz ujmując zajumałem od pewnego bardzo ciekawego autora książek o fotografii – Scotta Kelby’ego, którego książki szczerze polecam amatorom robienia zdjęć.
Nie będzie odkrywczym stwierdzenie, że głównym tematem dzisiejszego posta jest jesień. Dodatkowo muszę zaznaczyć, że ta złota i polska. Przepraszam, że non stop to powtarzam, ale niezmiernie bawi mnie to określenie. a dlaczego to napisałem nieco wyżej:) Taka już chyba nasza polska (tym razem nie złota) natura, że jak coś jest dobre to jest polskie, a jak złe, to już nie. Wyjątkiem od tej reguły są naturalnie pierogi ruskie.

Tak więc jesień. Ta wczesna, to chyba moja ulubiona pora roku. Jest nie za ciepło i na za zimno. Dzień jest nie za długi i nie za krótki. Swoją drogą długość dnia to okrutnie istotna rzecz w forografii, bo wiecie, gdy chcecie uwiecznić wschód słońca to lepiej gdy wstaje ono o 6:50, niż o 4:23, ale wiadomo, że jest to również kwestia osobistych upodobań. Ja osobiście więcej zdjęć robię wieczorami, ale to też na plus, bo wolę, jak złota godzina jest pomiędzy 17, a 18, niż gdy jest to o 20:30. Znowuż osobiste preferencje. 🙂

Wracając do tematu. Bardzo lubię jesień zarówno ze względów praktycznych, jak również, nazwijmy to, osobistych. Lubię ciepłe jesienne kolory, poranne mgły, pierwsze przymrozki, babie lato itd. Świat jest wtedy wyjątkowo piękny. Mam nawet takie małe jesienne marzenie, coby wybrać się podczas złotej, polskiej jesieni na spływ Dunajcem w Pieninach. W tym roku z wiadomych przyczyn marzenia nie spełniłem, ale jest taka złota, polska mądrość: „co się odwlecze to nie uciecze”. Jestem więc dobrej myśli!
I co w końcu z tą jesienią? Przyznać należy, że w tym roku jest nieco w kratkę. Raz jest pięknie, raz niekoniecznie. W weekend było ładnie i nie padało więc wybrałem się na fotograficzny spacer i starałem się uchwycić to, co cenię w tej porze roku. Zdjęcia, które wykonałem, możecie zobaczyć właśne w tym wpisie, ale to już pewnie wiecie 🙂

Trasa mojego spaceru była, że tak się wyrażę, standardowa, a więc wyruszyłem drogą biegnącą obok mojego domu w kierunku przysiółka Młynarzowa. Jeśli mnie pamięć nie myli to biegnie tutaj nawet jakiś szlak turystyczny – ponoć na Rycerzową. Tak przynajmniej twierdzą turyści, którzy często pytają, jak dojść do Soblówki. Droga od mojego domu na dół, do Soblówki jest bajecznie prosta. Byłaby jeszcze prostsza, gdyby szlak był oznakowany. Sami wiecie, jak jest 🙂
Jest też druga grupa turystów. Pytają oni o drogę na Krawców Wierch, który znajduje się w sąsiedniej wsi. Mało tego, jest on położony w kierunku przeciwnym do ruchu turystów. Tak więc nietrudno domyślić się, że idąc w tę stronę nie dojdzie się na „Krawculę”. Znowuż wina źle oznakowanych szlaków. Wydaje mi się, że wspominałem już o tym na blogu, ale może dla pewności napiszę jeszcze raz, a może uda mi się oszczedzić jakiemuś piechurowi nieco niepotrzebnej drogi 🙂

Mianowicie żółty szlak biegnący na Krawców przez Soblówkę zakręca na Młynarzowej. Do tego momentu jest dobrze oznakowany. Należy iść polną drogą, aż minie się coś, co autochtoni nazywają „piramidą” (zdjęcie poniżej). Następnie dojdziemy do zabudowań, będą to trzy stojące blisko siebie domy. Szlak skręca tutaj w lewo, między domami, a potem znowu w lewo na starą drogę gminną. Potem znowu jest dobrze oznakowany. To właśnie ten „młynorzowiański” odcinek wprowadza ludzi w błąd 🙂

Pozwolicie, że znowu wrócę do głównego wątku, a więc jesieni i mojego spaceru. Tym razem wymyśliłem sobie, że zabiorę tylko jeden obiektyw i będzie to Fujinon 23mm f/1.4. Szczerze muszę przyznać, że od kiedy jestem posiadaczem tego szkła to najchętniej nie ściągałbym go w ogóle z koprusu aparatu:) Daje przepiękny obrazek, a i ogniskowa bardzo mi pasuje. Jeśli ktoś tak jak ja używa systemu Fujifilm to na pewno poleciłbym mu ten obiektyw, o ile nie potrzebuje bardzo szybkiego autofokusa, bo ów Fujinon nie należy do najszybszych. Chociaż z drugiej strony, obrazek jaki daje to szkło w pełni wynagradza braki szybkości. Dobra dosyć mojego rozwodzenia sie nad sprzętem 🙂

No więc wziąłem na spacer jeden obiektyw. Takie małe wyzwanie. Chociaż może wyzwanie to nie jest najlepsze słowo, lepszym byłoby ćwiczenie. Z jednej strony jeden obiektyw jest ograniczeniem bo to tylko jedna ogniskowa. Z drugiej zaś strony takie uproszczenia często pozwają uzyskać lepsze rezultaty bo zamiast zastanawiać się nad wyborem sprzętu po prostu staramy się wycisnąc maksimum z tego, co akurat mamy.
Jeszcze można dodać do tego trzecią stronę, gdyż fotografia to dziedzina, w której pewnych rzeczy bez odpowiedniego sprzętu się nie przeskoczy. Ja sam, gdy jadę na jakieś zlecenie, zabieram ze sobą zwykle kilka obiektywów oraz trochę innego sprzętu, bo wiem, że konkretnie ujęcia, które będę miał wykonać wymagają konkretnych rozwiązań. Natomiast warto tutaj mieć na uwadze różnicę pomiędzy spacerem z aparatem, a konkretnym zadaniem albo przelewaniem obrazu z głowy na matrycę aparatu, ekran, czy też papier. Jak to mam w zwyczaju powtarzać: „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. 🙂 Tak czy owak pewnych rzeczy w fotografii nie przeskoczymy.

Znowu zboczyłem z tematu, ale to w sumie celowy zabieg dzisiaj. Chciałem wam napisać o wszystkim i o niczym. Bo cóż mogę napisać o spacerze? Było miło, ciepło, robiłem to, co lubię, z osobą, którą kocham, a na końcu dostałem od teściowej pyszne gołąbki. Resztę o moim spacerze niech opowiedzą wam zdjęcia, które wykonałem. Myślę, że bardziej wartościowym niż pisanie o robieniu kroków jest przemycenie kilku ciekawostek albo informacji o robieniu zdjęć i miejscach, w których mam przyjemność bywać. Tak jak to zwykle bywa na tym moim blogu, gdzie merytoryka miesza się z suchym dowcipem i brakiem sensu w proporcjach, które według wszelakich norm powinny być odwrotne ;P
Na dzisiaj to chyba tyle. Klasycznie zostawiam was jeszcze z garstką zdjęć z ostatniego spaceru. Dajcie znać, co wy myślicie o jesieni. Oczywiście tej polskiej i złotej! Miłego!:)









