Powitać!
Mam wrażenie, że z każdym kolejnym wpisem, tytuły moich postów wznoszą się na nowe wyżyny kreatywności. No i jak na dłoni widać, że w moim życiu kieruję się skromnością. Tak na poważnie to jedyne, co jest prawdą w tym poście to fakt, że lubie ironizować 🙂
Ale do rzeczy. Tytuł dzisiejszego posta jest bardzo prosty do interpretacji. Mianowicie chodzi o bezwzględność w wykorzystaniu pierwszych zimowych akcentów w tym roku. W zasadzie to drugich, ale nie było jeszcze zimowego posta więc chyba można przymknąć oko na to malutkie szachrajstwo.
Jakie mamy zimy w ostatnich latach, doskonale wiecie. Raz jest, raz jej nie ma. Przez chwilę nęci oko bajkowymi pejzażami, żeby za moment przeistoczyć się w mokre, brudne i szare monstrum. Dlatego uznałem, że warto wykorzystać ten pierwszy śnieg i poczynić jakieś zdjęcia. Po pierwsze dlatego, że nie wiadomo, kiedy znowu zawita do nas biały puch, szadź i inne ciekawe zjawiska, a po drugie, ponieważ pierwszy śnieg oznacza świeże spojrzenie na temat zimy. No i pierwszy śnieg jest świeży, czyli bielutki i ładny. Po pewnym czasie robi się nijaki i szary, i ogólnie, uwaga, passé ;P
Moich planów na wykorzystanie (bezwzględne) pierwszego atatku zimy nie pokrzyżowało nic. Wiem – mało tutaj dramaturgii, ale z faktami sie nie dyskutuje. Z jednej strony nie mogę poopowiadać o jakichś dziwnych przygodach, jak na przykład spotkanie w krzakach w rezerwacie Oszust, ale z drugiej strony cieszę się, że tym razem udało się podziałać zgodnie z planem. Nie przeszkodziła mi ani praca, ani brak czasu, ani pogoda. Przyznam szczerze, że to miła odmiana, bo życie jak to życie, lubi czasem pogmatwać pewne sprawy. 🙂
Na przykład sytuacja z dzisiaj. Od kilku dni występowały u nas korzystne warunki do występowania zjawiska inwersji temperatury. Jest to dla mnie bardzo fascynujące zjawisko i chciałem je sfotografować. Miałem dzisiaj wolne od pracy, zaplanowałem więc wyprawę fotograficzną i wiecie co? Wstaje rano i nie ma już inwersji… xD Ale co się odwlecze to nie uciecze.
A więc bezwzględność. Tak, udało mi się wyskoczyć na zdjęcia dwa razy. Raz standardową trasą na spacer pod dom. Drugi raz na sesję portretową z laureatką konkursu, który swego czasu ogłosiłem na Facebooku. Obie sesje, w moim mniemaniu, bardzo owocne i w nowe doświadczenia, i w fajne zdjęcia.
Pierwsze słów kilka o spacerze. Standardowo wziąłem mojego Fujinona 23mm f/1.4 i standardowo udałem się drogą w stronę Młynarzowej, standardowo poszedł ze mną Tiko – psi towarzysz moich wypraw.


Ogólnie rzecz biorąc to chciałem zrobić wpis, jak Kiedy trawka łechce brzuszek, ale w wersji zimowej. Jednakże tego dnia jakoś nie czułem klimatu niskiej perspektywy i dlatego na zimową edycję jednego z moich ulubionych wpisów będziecie musieli poczekać do kolejngo ataku zimy.
Wracając do mojego psiego koleżki to oczywiście zrobiłem mu kilka zdjęć. Muszę to chyba robić częściej bo Tiko zgarnia więcej lajków na Instagramie niż robione przeze mnie portrety. 🙂 Ale wróciłem do tematu psiaka, bo chciałem wam coś pokazać. Mianowicie dawno nie opowiadałem, dlaczego wolę fotografować w formacie RAW. W sumie dzisiaj też nie będę opowiadać, ale pokażę wam dwie wersje tego samego zdjęcia. Jedna to surówka prosto z puszki (chyba jestem troche głodny), a druga już po obróbce graficznej. Tak się to przedstawia:


Odwiedziłem też kilka miejsc, które dobrze już znacie. Moje ulubione drzewo i okolice szopki, której dzisiaj nie ma na zdjęciu. Obok znanej i lubianej szopki jest dróżka, która nie daje mi spać po nocach. Robię już kolejne podejście do sfotografowania jej, ale dalej czegoś mi brakuje. Chociaż uczciwie przyznam, że chyba idzie to powoli w dobrą stronę:)



No i oczywiście musiałem pobawić się małą głębią ostrości. Niby proste i błahe, ale cieszy mnie to niezmiennie. Zwłaszcza z moim szkłem 23mm.









W kwestii spaceru to byłoby chyba wszystko. Mam teraz troche wolnego więc niedługo pewnie wybiorę się na kolejny. Zwłaszcza, że światło w ostatnim czasie jest okrutnie piekne!
Jeszcze kilka słów o sesji konkursowej i kończę moją dzisiejszą tyradę.

Na sesję umawialiśmy się z Dominiką ładne kilka tygodni. Non stop coś komuś wypadało i sesja przesuwała się w czasie. Koniec końców udało nam się coś podziałać, a co najważniejsze oboje jesteśmy zadowoleni z efektów.

Ogólnie rzecz biorąc lubię mieć zachmurzenie na sesjach w plenerze. Co prawda nie zawsze, bo jak powszechnie wiadomo, od każdej reguły jest wyjatek. Tym razem zachmurzenie pomogło stworzyć klimat i dało bardzo fajne miękkie światło.
Kiedyś pisałem tutaj na blogu, że zima i późna jesień to nie najlepsze pory na sesje w plenerze, ale są takie dni, że aż prosi się, żeby gdzieś wyruszyć. Niedziela, w którą się umówiliśmy była właśnie takim dniem. Świeży śnieg, dobre światło, lekki opad białego puchu. Warunki: miazga!

Ciekawstką może być dla was fakt, że nie używałem tutaj prawie wcale mojego ulubionego Fujinona 23mm 🙂 Chodzi głównie o zjawisko dystorsji, które występuje na zdjęciach robionych tym obiektywem. Nie rozwodząc się nad szczegółami technicznymi chodzi o zniekształcenia obrazu, które mogą spowodować niekorzystny wygląd na zdjęciach.
Podczas tej sesji używałem głównie Vilroxa 56nn f/1.4, o którym też kiedyś wspominałem na łamach tego bloga. Lubię ten obiektyw.


Cóż więcej mogę powiedzieć? Trochę zmarzliśmy, trochę się pośmialiśmy. Ogólnie rzecz biorąc to był dobrze spędzony czas. A ja już kończę tę autoreklamę 🙂
Nie tylko reklamę, ale i całego posta. Trochę się dzisiaj rozpisałem i najwyższy czas dać odpocząć klawiaturze. Jak zwykle na koniec podrzucam kilka kadrów.
Miłego!:)


