Między brwiami a włosami, czyli witamy w 2021 roku

Nowy rok, stary ja, chciałoby się rzec. Trochę czasu minęło od ostatniego wpisu, ale jak można wnioskować po tytule, dalej jestem w formie jeśli chodzi o wymyślanie rzeczy bezsensownych. Co ciekawe, pewnie przyszłoby wam poczekać jeszcze na ten wpis, ale jakoś tak mi się zachorowało i tak oto zasiadłem do pisania.

Pierwszy post w nowym roku to okazja, żeby zrobić jakieś podsumowanie. Zastanowić się, co udało się osiągnąć, a czego nie itd. No więc na pewno nie udało mi się osiągnąć tego, żeby posty pojawiały się na blogu w równych odstępach czasu ;D
Wolę skupiać się jednak na pozytywnych aspektach swojego życia, a muszę przyznać, że miniony rok pomimo całej swojej dziwności był dla mnie rokiem udanym pod różnymi względami. Po pierwsze i najważniejsze – ożeniłem się. To, rozumie się, taki punkt zwrotny w całym życiu. Poza tym zmieniłem miejsce zamieszkania, a może raczej wróciłem do swojej rodzinnej wsi oraz podjąłem się nowej pracy. To tyle z moich prywatnych spraw.

Jeśli chodzi o to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli fotografie to też uważam rok 2020 za udany. Powoli zaczyna się mi, że tak się wyrażę, kręcić interes. Dostaję nowe, ciekawe zlecenia, a i sam mam głowę pełną różnych pomysłów i projektów. Zmieniłem system z Nikona na Fujifilm. Gdyby ktoś chciał wiedzieć dlaczego to odpowiem, że tak po prostu. Jakoś tak spodobał mi się ten system i ani trochę nie żałuję przesiadki. Ogólnie rzecz biorąc to był udany rok 🙂

Podsumowania podsumowaniami, ale przejdźmy już do meritum. Na wstępie muszę wyjaśnić, co autor miał na myśli w kwestii tytułu…

Sprawa jest prosta. Dla mnie rzecz jasna, ale zaraz będzie również dla was. Otóż jeśli popatrzymy na ludzką twarz to dojdziemy do wniosku, że między brwiami, a włosami znajduje się czoło – to słowo klucz. Czoło, potocznie zwane Cołem to szczyt Wielkiego Smerekowa – jednego z przysiółków we wsi Soblówka. Czyli w gruncie rzeczy moje sąsiedztwo bo tak się składa, że sam mieszkam na Wielkim Smerekowie. Coś mi tak świta, że już pisałem o Cole, ale jak to mawia klasyk: było to dawno temu i nieprawda 😉

Żartuję. Pisałem o tym szczycie dosyć sporo i myślę, że nie ma tutaj sensu się powtarzać. Dlaczego więc znowu jest to temat mojego wpisu? No cóż. Jest zima, a ja nie byłem tam z moim nowym aparatem. Poza tym odwiedzania kilka razy tego samego miejsca nie oznacza robienia takich samych zdjęć, nieprawdaż?:)

Dzisiaj chciałbym zabrać was ze sobą na wyprawę okrężną drogą na Coło. Tak sobie pomyślałem, że zamiast pisać od rzeczy, jak to mam w zwyczaju, wrzucę tutaj po prostu zdjęcia z krótkimi opisami. Kolejno tak jak je wykonywałem, abyście mogli towarzyszyć mi w tej wycieczce. Mam nadzieję, że chociaż przez moment poczujecie się tak, jak ja tego dnia. Piękne te nasze Beskidy, a i pogoda dopisała – nektar dla duszy (czy jak to sie mówi :P).
No to ruszajmy!

Początek drogi, czyli ruszamy w las. Na zdjęciu możecie zauważyć kilka znajomych obiektów. Dajcie znać w komentarzu, co zauważyliście!:)

Jak już mówiłem, poszedłem okrężną drogą przez las i inne przeszkody naturalne, ale myślę, że warto było! Oto cel naszej wycieczki.

Powoli zbliżamy się do podnóża.

Zanim zagłębiłem się w leśne ostępy zrobiłem takie oto zdjęcie. Wielki Smereków widziany spod Coła.

Zdjęcie nieco przepalone, ale mimo wszystko lubię je. Powoli wspinamy się na szczyt.

Gdzieś w drodze. Jak widzicie, śniegu u nas dostatek 🙂

Coraz wyżej. Czasami wydaje mi się, że mam jakis chory fetysz polegający na fotografowaniu wszelkiej maści dróg, chodników i ścieżek…

Jest takie powiedzenie, że nie liczy się cel, a droga, która do niego wiedzie. Takie podejście było mi wyjatkowo bliskie tego dnia, gdyż najlepsze, moim zdaniem, zdjęcia zrobiłem w drodze, a nie na szczycie.

Widoki po drodze pochłonęły mnie na tyle, że zaczęło się ściemniać.

No i jesteśmy na samej górze! To najwyżej położony punkt, ale „oficjalny” szczyt jest nieco niżej. Mam na myśli fakt, że idąc na Czoło prosto z Wielkiego Smerekowa wychodzi się nieco dalej i niżej. Zwykle tam kończy się wycieczka bo nie wszyscy wiedzą, że można śmiało udac się nieco dalej 🙂

Jak nie trudno się domyślić, oto „oficjalny” szczyt 🙂 Ostatnim razem nie było tam ławek i stołu widocznych na pierwszym planie. Nie wiem, kto wpadł na ten pomysł, ale człowieku wiedz, żeś wielki!:D

W drodze powrotnej zatrzymałem się jeszcze, aby nacieszyć się widokami z drugiej strony góry. Jak widać panorama rozciągająca się na północny zachód jest bajeczna. Jeśli dobrze się przyjżycie to zobaczycie kościół w Ujsołach i przekażnik na Skrzycznym, i wiele innych miejsc, których nie jestem wam w stanie dokładnie wskazać 😉

To by było na tyle. Przemarznięty, ale i szcześliwy wróciłem do domu. Mój plan na tę wyprawę nieco się zmienił w trakcie marszu, ale były to chyba dobre zmiany. Wiem też, że kilka miejsc, które odkryłem na nowo, odwiedzę w niedalekiej przyszłości. Będzie co robić w każdym razie 🙂

Jeszcze taka myśl na koniec.
Przeglądając te zdjęcia uświadamiam sobie, jak dużo zmienia się wokół nas. Na Cole bywam dosyć często i za każdym razem jest tam nieco inaczej. Kilka lat temu nie było stamtąd widać większości z tego, co wam pokazałem. Było za to widać, co innego… Precedens ten ma dwie przyczyny. Pierwsza z nich to gospodarka leśna i o dziwo nie mam tutaj na myśli wyciania drzew, a raczej ich sadzenie. Sadzonki dosyć szybko zamieniają się w młodniki, a i te rosną dosyć rzwawo i nim się człowiek spostrzeże to już zasłaniają to, co było widać do tej pory. Druga z przyczyn jest naturalna. Chodzi o halny. Wiatry potrafią narobić u nas ogromnych szkód w drzewostanie. W sumie co roku jest u nas sporo wiatrołomów i jest to chyba główny powód tego, że lasy i krajobraz się nam tak szybko zmieniają. Tak więc, jak już mówiłem – otoczenie w Beskidach zmienia się bardzo szybko. Sam nie będąc specjalnie wiekową osobą pamiętam Coło jako górę całkowicie zalesioną i niemal łysą. Obecnie od strony lesnictwa Cicha, góra jest pokryta w większości mniejszymi i większymi młodnikami (patrząc na zbocze od strony Wielkiego Smerekowa). Co będzie za jakiś czas? Tego nie wie nikt, ale na pewno będzie co podziwiać 🙂

Myślę, że pora kończyć na dzisiaj bo, o zgrozo, zaczynam pisać z sensem 😉
Mam nadzieję, że podobał wam się ten wpis i miło spędziliście czas na kolejnej wycieczce na Coło.

Do rychłego (mam nadzieje) zobaczenia!

Jedna odpowiedź na “Między brwiami a włosami, czyli witamy w 2021 roku

Dodaj komentarz