Ból

Powitać!
Tytuł dzisiejszego posta jest o dziwo prosty, treściwy i sensowny. Rzadko mi się zdarza pisać w ten sposób, a więc można przypuszczać, że dzisiaj mam dla was coś innego niż zwykle. Będzie to dobre przypuszczenie, bo dzisiaj będzie stosunkowo dużo tekstu i mało zdjęć. Ale po kolei.

Na początku dodam, że dzisiaj wyjątkowo piszę na gorąco po powrocie z zaplanowanej na dziś wyprawy. Nie do końca mam myśli poukładane w głowie, ale myślę, że to akurat sprawi, iż wpis ten będzie ciekawszy.
Dzisiaj miałem wolne w pracy, a więc była okazja, żeby coś popstrykać albo przygotować materiał na bloga. Koniec końców piszę tego posta, a więc można powiedzieć, że mój plan, coby czas wolny przeznaczyć na blogowanie, wypalił. 🙂

Tak więc udałem się rankiem na wycieczkę. Wycieczkę, która chodziła mi po głowie, żeby was nie okłamać, ponad rok. Mianowicie wybrałem się na Rycerzową – górę bezdyskusyjnie uznawaną za królową szczytów Soblówki (być może nie tylko).
Fajnie nie? No właśnie nie do końca.

W tym miejscu zaczyna się opowieść o pierwszym bólu. Bólu egzystencjalnym zwanym potocznie bólem dupy.

Ból dupy to najlepsze określenie jakim opisałbym to, co czułem dzisiaj rano. Wiem, wiem mało to poetyckie, ale za to bardzo trafne.
Dlaczego czułem wspomniany wyżej dyskomfort?
Otóż miała to być ciekawa wyprawa fotograficzna, po której pokażę wam zdjęcia, sprzedam kilka ciekawostek o odwiedzonym miejscu i opowiem, co o nim uważam. Matka natura uważała jednak inaczej i warunki jakie dzisiaj panowały, i w sumie nadal panują w momencie pisania tego posta, zmusiły mnie do kilkukrotnego zmieniania planów. Sami wiecie, jak to jest. Snujecie plany, macie jakieś ciekawe pomysły, nakręcacie się, a potem coś się stanie i klops…
Jakiś czas robię już różnego rodzaju zdjęcia i wiem, że takie sytuacje się zdarzają. Niemniej jednak rano byłem przybity do tego stopnia, że miałem po prostu olać temat i zostać w domu. Zacząłem się rozpakowywać i jakoś tak mnie tchnęło, żeby jednak spróbować. Wiedziałem, że zdjęcia dzisiaj raczej nie wyjdą, ale uznałem, iż nie mogę sobie pozwolić na siedzenie w domu, zwłaszcza że nie mam teraz zbyt wielu okazji na zbieranie materiałów na bloga. Tak więc wyruszyłem.

Zdecydowałem, że nie będę pisać z perspektywy lokalnego przewodnika, jak miało to miejsce np. w poście Oszust bo po prostu nie mam materiału na post tego rodzaju 🙂
Dzisiaj będę pisać z mojego osobistego, przeszytego bólem punktu widzenia, a post o Rycerzowej napiszę kiedy indziej. Jak uda mi się nazbierać materiał, aby zrobić to jak należy. W gruncie rzeczy to od początku piszę z tego punktu widzenia, ale nie ważne. Sami wiecie, że z sensem u mnie róznie bywa 😉

No więc wyruszyłem czarnym szlakiem spod kościoła w Soblówce. Coś starałem się popstrykać, ale większość czasu poświęciłem na kontemplację i różnego rodzaju rozmyślania. Zastanawiałem się, co mogę wykrzesać z tych warunków, które panowały. Już tak bardzo nie bolało mnie siedzenie i w końcu zacząłem myśleć trzeźwo. Żeby była jasność to miałem świadomość, że zdjęcia nie wyjdą takie jakbym chciał. Ba! Dobrze jeśli cokolwiek wyjdzie. Ale pomyślałem, że przynajmniej spróbuję. Spoiler alert. Jeśli liczycie na happy end to się rozczarujecie ;P

Żeby nie było nudno to wpadłem na pomysł, że zrobię sobie takie małe wyzwanie i będę używać tylko jednego obiektywu. Wybrałem 23mm. Później, co prawda, zrezygnowałem z tego wyzwania, ale nie żałuję. Jak to mawiał Bear Grylls:„Improvise. Adapt. Overcome.”

Tak więc szedłem. Przez chwilę widziałem interesujące chmury. Pojawiła się iskierka nadziei, że może uda mi się sfotografować jakieś ciekawe formacje. Niestety niebo szybko zrobiło się gładkie jak stół. Szedłem sobie dalej, byłem coraz wyżej, wiatr stawał się coraz mocniejszy, widziałem coraz mniej, było zimniej i zimniej.
Byłem już w miejscu, gdzie szlak wypłaszcza się, gdy przyszedł czas na drugi ból. Ból zęba.
Dzień wcześniej byłem u stomatologa. Nie polecam mrozów jeśli macie świeżo zaleczony ząb. Na szczęście stosunkowo szybko wszystko się w mojej jadaczce uspokoiło.
Pogoda, jaka panowała w wyższych partiach Rycerzowej nie zachwycała. Widoczność wynosiła jakieś 300 metrów. Nie ominęła mnie też spora zadymka bo wiało jak diabli. Gdy wyszedłem z lasu pod Małą Rycerzową uznałem, że nie ma sensu iść dalej do schroniska i na Wielką Rycerzową, bo i tak nic bym tam nie zobaczył.


Aura była naprawdę paskudna, ale wpadłem na pomysł, że podejdę do bacówki na Małej Rycerzowej. Chatka jest bardzo fotogeniczna i uzałem, że fajnie będzie pokazać ją w tym surowych warunkach. Tak na marginesie to mogę wam zdradzić sekret, że pomagałem przy jej wznoszeniu ;P


Poszedłem więc, zacząłem fotografować i wtedy nadszedł trzeci ból. Ból palców. Zimno było okrutnie, po kilku minutach myślałem, że paluchy mi odpadną. Trzeba było działać szybko i w pobliżu bacówki spędziłem jakieś 15 minut. Po tym czasie schowałem aparat i ruszyłem w drogę powrotną.

Oczywiście chowanie aparatu było błędem bo musiałem go wyciągać z plecaka ze 4 razy na odcinku 248 metrów.


W końcu jednak ruszyłem na dół żółtym szlakiem. Żeby nie było zbyt nudno to postanowiłem pokonać go w biegu i powiem wam, że było całkiem fajnie. Trasa z Małej Rycerzowej do parkingu przed kościołem zajęła mi trochę mniej niż pół godziny, co uznaję za wynik całkiem przyjemny 😉

I taka to była moja wyprawa życia. Z jednej strony chciałbym, żeby trochę inaczej to wyglądało, ale z drugiej jestem zadowolony z tego, jak wyszło. Wiadomo, jakiś niesmak jest, bo od dawna nosiłem się z zamiarem napisania posta o Rycerzowej, ale wiecie, że wolę szukać tych pozytywnych aspektów różnych zdarzeń itp. A tych tutaj nie brakuje. Musiałem zmierzyć się z moim lenistwem, ukorzyć się przed matką naturą, a i spacerek przedni sobie urządziłem. Ogólnie jest całkiem nieźle, a jak wiadomo, co się odwlecze to nie uciecze i właściwy post o Rycerzowej też kiedyś powstanie.

Jeszcze taka myśl na koniec mi przyszła do głowy. Zdecydowanie nie pozdrawiam ludzi, którzy ze szlaków robią sobie tory saneczkowe. Jeżdzenie na sankach, czy innych dupolotach sprawia, że szlak robi się śliski. I tak chwila przyjemności jednego człowieka może skutkować operacją nosa kogoś innego. Wiem, że po utwardzonym podłożu zjeżdza się lepiej, ale myślę też, że jest u nas tyle terenów na tego rodzaju zabawy, iż jeżdzenie po szlakach można sobie odpuścić. Peace! ;P

Na dzisiaj to chyba tyle. Klasycznie i standardowo na koniec kilka klatek ode mnie. Trzymajcie się zdrowo i pamiętajcie, coby mimo wszystko szukać pozytywnych stron życia. Miłego!:)

To chyba moje ulubione zdjęcie z tego dnia. Co ciekawe zrobiłem je nie dlatego, że urzekło mnie drewno nadrgryzione przez czas i korniki/inne robale, a dla tego, iż uznałem, że tekstura, którą widzicie przyda mi się przy obróbce portretów 😛

Dodaj komentarz