Powitać!
Dzisiaj znowu idziemy na Colo!:)
Wiem, wiem. Ostatnio zalewam Was materiałami z Coła tutaj i na moich social mediach. To ostatni wpis z tego miejsca. W tym roku rzecz jasna. 🙂
Dla tych, którzy są tutaj pierwszy raz i nie wiedza o co chodzi z tym całym „Cołem”, zapraszam tutaj: Coło z lotu ptaka (albo drona) oraz Między brwiami a włosami, czyli witamy w 2021 roku.
Ogólnie chodzi o to, że miejsce jest wybitnym punktem widokowym i mam tam 30 minut pieszo. Łatwo mi się tam wyśliznąć, gdy mam trochę czasu dla siebie.
Dlaczego tym razem było wyjątkowo? Bo pogoda dopisała. Jeśli tutaj zaglądacie to wiecie, że mam strasznego pecha do aury. Przychodzą jednak takie dni, kiedy matka natura wynagradza mnie za wszystkie nieudane wypady. Tak było w zeszłym tygodniu.
Wyruszyłem sobie z domu, gdy było jeszcze ciemno. Chciałem na spokojnie wydrapać się na szczyt przed świtem. Na szczycie byłem przed świtem, ale spokojną wycieczką bym tego nie nazwał.
Tym razem trochę nie doceniłem koleżanki zimy. Wiedziałem, że dane mi będzie wchodzić na szczyt po śniegu, ale zaskoczyła mnie jego ilość. Na domiar złego, był to taki jego wredny rodzaj – miękki i sypki na spodzie, a na górze twarda, lecz niezbyt gruba skorupa. Fatalny śnieg do chodzenia. W połowie drogi na szczyt byłem już bardzo wylewny i myślę, że niejeden szewc mógłby się nauczyć ode mnie kilku nowych klątw i bluzgów. 😉
Koniec końców dostałem się na górę. Trasa nie jest długa, ale potrafi dać w kość nawet przy lepszych warunkach. Jednak warto było się wspinać, bo to, co zastałem na szczycie było warte poświecenia.

Inwersja górska, lub jak kto woli – morze mgieł. Takie piękne zjawisko przygotowała dla mnie na ten dzień matka natura. Szczerze przyznam, że od dawna miałem chrapkę na zdjęcia z Coła, właśnie przy inwersji. W końcu się udało, ale nie ukrywam, że nie pogardził bym powtórką z tego wydarzenia.
Zdjęć mam kilka, bo postanowiłem zrobić film poklatkowy. Trochę żałuję, że nie miałem drugiego aparatu ze sobą, tak żeby robić zdjęcia jednym body, a timelapse’a na drugim. Ale nie ma tego złego. Mogłem w spokoju i bez spiny oglądać ten zapierający dech w piersiach spektakl.











Zmarzłem niesamowicie, ale jak już mówiłem – było warto.
Po skończeniu filmu poklatkowego ruszyłem w dalszą drogę, bo miałem zaplanowane jeszcze kilka atrakcji na ten dzień.
Zaplanowałem sobie zaparzyć i wypić kawę, a następnie przygotować jakiś posiłek w terenie. Taki mały trening survivalowy. Musiałem rozbić prowizoryczny obóz, nazbierać drewna i stworzyć ogień. Nieskromnie przyznam, że poszło mi całkiem sprawnie. Miałem trochę problemów z krzesiwem, bo nie jestem ekspertem w tym temacie, ale koniec końców miałem przyjemnie grzejące ognisko.
Naładowany kawą i z pełnym brzuchem ruszyłem w końcu do domu. Wybrałem moją ulubioną drogę wiodącą południowo-zachodnim zboczem Coła. Spotkałem nawet po drodze dwa koziołki sarny. Nie wiem, czy też wpadły na zdjęcia, czy tak po prostu na spacer…

Dzień minął mi wybornie. Piękna, zimowa pogoda pozwoliła naładować baterie i oderwać się nieco do codziennych spraw. Teraz znowu pewnie przyjdzie mi poczekać, żeby zgrać swój wolny czas z dobrą pogodą, ale poczekam ile będzie trzeba. Bo dla takich poranków na prawdę warto poczekać. 🙂
Miłego!






