Hańba!

W życiu każdego człowieka są rzeczy czy wydarzenia, które chciałoby się wymazać z życiorysu. Takie, które próbujemy wyprzeć z naszej świadomości, podświadomości i ogólnie rzecz ujmując najlepiej jakby w ogóle się nie wydarzyły. Albo, zależnie od punktu widzenia, aby się wydarzyły. Są one tematem tabu, albo wręcz przeciwnie – mówimy o nich bardzo chętnie (zwłaszcza po kilku łyczkach ognistej wody, czy jakiegoś innego zajzajeru). Wywołują u nas wstyd, poczucie winy, zażenowanie, ale i uśmiech – znowuż w zależności od tego, co się wtedy wydarzyło. Każdy z nas ma kilka, czasem kilkanaście, takich doświadczeń. Oczywiście nie jestem od tej reguły wyjątkiem i chciałbym się wam dzisiaj przyznać do czegoś iście haniebnego. Tylko nikomu nie mówcie.
Chodzi o to, że… w zeszły weekend po 26 latach spędzonych na tym świecie, pierwszy raz odwiedziłem Muńcuł…

Dlaczego to wstydliwy temat? Mieszkańcy Soblówki, czy nawet całej gminy Ujsoły pewnie rozumieją. Chodzi o to, że góra Muncuł jest dla naszego regionu, jak Giewont dla Zakopanego. O górze krążą rozmaite legendy i pojawia się bardzo często w folklorze. Ba, mamy w gmienie nawet klub piłkarski, który nazywa się tak, jak wspomniany szczyt. Sami rozumiecie, Muńcuł to miejsce wyjątkowe dla całego regionu, swego rodzaju ikona. A ja – parszywy ignorant – czekałem 26 lat, czyli 9490 dni, aby w końcu udać się w ten intrygujący zakątek mojej wsi. Hańba!

O Muńcole

Muńcuł to masyw górski położony w Beskidzie Żywieckim, jego wysokość to 1165 m.n.p.m. Oddziela doliny dwóch potoków tj. potoku Cicha i potoku Danielka. Jego stoki są zalesione, ale pod samym szczytem znajdują się dosyć spore hale, a ich południowej części zaczyna się rezerwat przyrody, którego nazwa, jak pewnie się domyślacie, również brzmi Muńcuł.
Sama nazwa góry pochodzi od wołoskiego muncel czyli wzgórze, pagórek. Często nazywana jest również Muńczół, a autochtoni mówią na nią Muńcoł. Co ciekawe, na mapach Wig z 1934 roku figuruje jako Menczoł.
Jak wspominałem góra związana jest z miejscowym folklorem. Pojawia się w wielu piosenkach i przyśpiewkach góralskich. Fakt ten nie dziwi, gdy weźmiemy pod uwagę legendy związane z tym miejscem. Mawia się, że swego czasu na Muńcole kryjówke mieli zbójnicy. Podobno w ukrytej tam jaskini zakopane są skarby, których strzeże czarny baran z kręconymi rogami. Jeśli macie ochotę poszukać owych skarbów to polecam wybrać się tam w Boże Ciało, gdyż legenda głosi, że owa jaskinia otwiera się, co roku podczas obchodów tegoż właśnie święta.
Na szczyt można się dostać na wiele sposobów.Na przykład zielonym szlakiem z Ujsół. Dobrym pomysłem może być również wyjście z Soblówki, niebieskim szlakiem na przełęcz Kotarz, a stamtąd to już tylko rzut onucą na legendarny szczyt, na który z przełęczy zaprowadzi nas zielony szlak. Co ciekawe jest to szlak prowadzący również na Rycerzową, a więc można odwiedzić oba szczyty za jednym zamachem. Kolejna opcja to podejście od strony doliny Danielki, albo leśną drogą z Kiełbasówki. Szczerze polecam właśnie ten wariant, gdyż po drodze jest kilka świetnych punktów widokowych.

Moja wycieczka

Na Muńcuł udaliśmy się w niedzielne popołudnie. Pierwsze udaliśmy się niebieskim szlakiem na przełęcz Kotarz, a później zielonym prosto na hale pod szczytem. Muszę przyznać, że szło się przyjemnie. Na tej trasie nie ma praktycznie żadnych stromych podejść. Miejscami jest troche błota, ale można je łatwo obejść. Było ciepło, a aura dopisywała. Humor również dopisywał, zwłaszcza po popasie na przełęczy Kotarz. Sami wiecie, trzeba uzupełnić płyny, sole mineralne itd. Wspinaczka zajęła nam około 1,5 godziny. Na górze uraczyliśmy się konserwą tyrolską.
Aparat miałem oczywiście ze sobą. Co prawda liczyłem się z faktem, że pora w jakiej tam się udajemy nie będzie sprzyjać robieniu zdjęć, ale pogoda wycięła nam potwornego figla. Niebo zasnuły mało ciekawe chmury, a przejrzystość powietrza pozostawiała, mówiąc bardzo łagodnie, wiele do życzenia. W skrócie, fatalne warunki do robienia zdjęć. Poczułem się lekko zniesmaczony, ale z koniem się kopać nie będę, a na pogodę wpływu nie mam. Muńcuł jest świetnym punktem widokowym – oprócz położonych pod nim wsi, pobliskich gór, dolin itd. można stąd zaobserwować Tatry i Małą Fatre. Niestety przez kiepską pogodę mogliśmy tylko zauważyć zarysy śniegu zalegającego na zboczach Tatr majaczące w sinej dali. Pospacerowaliśmy nieco po halach i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Wróciliśmy na przełęcz Kotarz, a później zeszliśmy na Kiełbasówkę. Intrygująca to była wyprawa. Z jednej strony był to miło spędzony czas, zaś z drugiej strony mam okrutny niedosyt pod kątem fotograficznym. Pewne jest, że jeszcze tam wrócę. Może następnym razem pogoda będzie bardziej łaskawa.

Muńcolańskie pstryki

Pogoda była, jak była. Miałem ze sobą aparat, więc coś tam udało mi się pstryknąć. Nie ukrywam – nieco ratowałem się Photoshopem. Co ciekawe, moje ulubione zdjęcie z tego dnia przedstawia roślinę, której nazwy niestety nie znam. Zaciekawiła mnie jej faktura i fakt, że rosła właśnie w tym miejscu. Próbowałem też ustrzelić kilka panoram, ale z marnym skutkiem, więc nie wrzucam tutaj. Pod spodem kilka klatek z mojej wyprawy. Kto wie, może wkrótce pokaże wam ciekawsze zdjęcia z tego miejsca 😀

Wspomniana roślina. Trochę boli mnie kuper, że jeden z liści jest nieostry, ale zauważyłem to dopiero podczas oglądania zdjęć na komputerze. Może, gdy znowu odwiedzę Muńcuł to ta interesująca roślina dalej tam będzie 😉
Znowu moja ulubienica. Tym razem w nieco innej odsłonie

W czeluściach dysku twardego 2

Dziejszy wpis jest w pewnym stopniu kontynuacją jednego z poprzednich postów. Dokładniej rzecz ujmując tego:
https://szymonowe.photo.blog/2020/03/29/w-czelusciach-dysku-twardego/
Jednak tym razem nie stoczyłem zaciętego boju z potwornymi plikami i folderami. Byłem raczej jak skrytobójca, który załatwia sprawę jednym celnym cięciem. I tak zdjęcia, które chcę wam dzisiaj pokazać nie zostały znalezione przy okazji robienia porządku z magnetycznym potworem – jak to miało miejsce ostatnim razem. Są to celowo wybrane fotografie, co więcej nie są to moje stare prace, ale świeżutkie ujęcia robione już na nowym sprzęcie. Wiem, nie pisałem nigdzie o zmianie sprzętu, ale jeśli ktoś dociekliwy sprawdzałby jakie dodaje hasztagi na instagramie to na pewno zauważyłby, że jakiś czas temu #nikon zmieniło się na #fujifilm 😉 Oczywiście zdaję sobię sprawę, że macie do roboty rzeczy ciekawsze niż sprawdzanie jakie ktoś dodaje hasztagi na insta, więc powyższą informacje potraktujcie raczej jako mało intrygującą ciekawostkę. Z drugiej jednak strony byłoby mi niezmiernie miło jeśli mojego instagrama zapragnęlibyście odwiedzić ;P
Wracając do meritum. Dzisiaj mam dla was kilka ujęć wykonanych, a jakżeby inaczej, w Soblówce. Nie przedstawiają one ważnych dla mnie miejsc – jak miało to miejsce ostatnim razem, ale pewnie kilka znajomych lokacji będziecie w stanie rozpoznać. Są to fotografie, które wykonałem podczas lockdownu, spacerując w okolicach mojego domu i uznałem, że fajnie byłoby się nimi z kimś podzielić. Zatem nie przedłużając oto wspomniane fotografie:

1. Drzewo, którego na pewno nie znacie

o

Na pierwszy ogień idzie miejsce, które pokazuje wam średnio raz na wpis. Opisywać go nie muszę bo pisałem o nim już tyle razy, że pewnie znacie go nie gorzej ode mnie. Fakt faktem, często odwiedzam tą jabłoń rosnącą pod moim domem celem wykonania kilku fotografii, ale wciąż nie moge pozbyć się wrażenia, że nie wykorzystuję pełni potencjału drzemiącego w tym miejscu.

2. Superdog

Oto mój asystent – Śrubek. Oficjalnie piesek wabi się Tiko, ale jak dla Białego Wilka każdy koń to Płotka, tak dla mnie każdy pies to Śrubek. Dobrze, że mój przyjaciel lubi biegać bo podczas prób wykoania tego ujęcia musiał się nieco naprzebierać łapkami 😉

3. Z cyklu „Kiedy trawka łechce brzuszek”

Myślę, że komentarz jest zbędny, gdyż wiecie, że uwielbiam kiedy trawka łechce brzuszek. Tak się składa, że zdjęcia kwiatów to doskonała okazja, aby sobie nieco dogodzić 😀

4.Po drugiej stronie

Tutaj zbyt dużo nie zamierzam pisać. Ciekawi mnie, czy domyślicie się skąd taki tytuł tej fotografii 😉 Dajcie znać w komentarzach.

5. Z cyklu „Kiedy śłońce wali w obiektyw”

To miejsce też możecie kojarzyć z innych moich zdjęć. Jakby ktoś się zastanawiał, jak zrobić, żeby słońce na zdjęciu wyglądało jak powyżej to podpowiem, że bardzo prosto ;P Wystarczy mocno domknąć przysłonę. Podczas robienia tego zdjęcia miałem ją ustawioną na f/20.

6. Żeby tradycji stało się zadość

Standardowo zdjęcie pobliskiej szopki. Co prawda, niebo może wydawać się na tym zdjęciu nieco nudne, ale za to kolory wyszły moim zdaniem bardzo ładne. Wyjątkowo odwiedziłem to miejsce z rana, a nie późnym popołudniem jak zwykłem to robić.

Na dzisiaj to chyba tyle. Mam nadzieję, że zdjęcia przypadną wam do gustu. Trzymajcie się zdrowo i do usłyszenia, albo zobaczenia – zależy, jak kto interpretuje 😉

Topos

Dzisiaj będzie o rzeczach egzotycznych. Egzotycznych w mojej subiektywnej opinii. Sami wiecie jak to jest z tą egzotyką. Jedni za coś egzotycznego mogą uznać przysmak znany jako „kolumbijski kawior”, dla drugim zaś egzotyką będzie odpowiedzieć „dzień dobry” ekspedientce w sklepie. Wiadomo, co kraj to obyczaj ( PS. w tym wypadku za „kraj: można podstawić dowolny rzeczownik określający miejsce).
Ustalmy więc, o co mi w ogóle chodzi. Otóż już sam tytuł jest nieco egzotyczny, gdyż słowo topos pochodzi z języka greckiego i oznacza „miejsce”. Używamy go czasem również w naszym ojczystym języku, ale mamy wtedy na myśli utarty motyw literacki. To znaczy, powinniśmy to tak rozumieć, ale no różnie w życiu bywa, sami wiecie.
Powoli zbliżamy się do sedna sprawy. Wiemy już, że topos to miejsce, a więc można snuć domysły, że wpis będzie dotyczył jakiejś egzotycznej krainy. I słusznie. Powiem więcej, sam wyraz topos zawiera informacje o tym jakie miejsce mam na myśli. Wystarczy odpowiednio go przeczytać.
A więc? Oczywiście chodzi o Sopot. Tak, Sopot to dla mnie miejsce egzotyczne. Głównie dlatego, że leży nad morzem, a ja mieszkam w górach. Chociaż z drugiej strony, sami wiecie, takie czasy mamy, że dla mnie to i wnętrze Biedronki wydaje się obecnie egzotyczne ;P

Żeby tradycji stało się zadość to napisałem wstęp, który, jak zwykle, jest mocno od czapy. Nie mogłem sie jednak powstrzymać bo wiem, że są osoby, które tego bloga odwiedzają głównie dla tych jakże treściwych i wartościowych wstępów 😉

Utrudnienia związane wiadomo z czym dalej trawją i powoli kończą mi się materiały, które mógłbym wam tutaj wstawić. Dlatego uznałem, że dziś pokażę wam kilka zdjęć wykonanych 2 lata temu podczas mojego pobytu nad morzem. Były to moje pierwsze wakacje z aparatem, a więc zdjęcia z Sopotu są dla mnie w pewnym sensie wyjątkowe. Kilka ujęć z tamtego okresu to do dziś jedne z moich ulubionych.

Dziś mocno fotograficzny wpis, a więc nie przedłużam i zapraszam do obejrzenia kilku starych kadrów.

Chyba moje ulubione 😉
Pocztówka z widokiem na morze
Widok z molo w stronę miasta
Świt, a właściwie to zaraz przed nim 😉
O dziwo to też świt 😉
To też jedno z moich ulubionych. Podczas powrotu z plaży nnalazłem te samochodziki zostawione na koszu na śmieci. Żal bylo nie zrobić zdjęcia^^
Lampa:D

Miecz prześwietlenia

Było mroźne zimowe popołudnie. Geralt wraz z Vesemirem wybrali się na spacer wokół Kaer Mohren, aby wytestować możliwości fotograficzne nowego wiedźmińskiego smartfona. Zrobili sporo ciekawych zdjęć pobliskiego lasu i samego wiedźmińskiego siedliszcza. Aparat smartfona wydawał się być całkiem, całkiem. Po pewnym czasie słońce powoli i leniwie poczęło chować się za horyzontem. Gdy Biały Wilk zobaczył, że złota godzina zaraz się skończy zawołał na swojego nauczyciela:
– Vesemir! Cho cykniem se selfie z tym epickim zachodem słońca w tle!
– Ale tak z kontry? Pod światło? – odparł Vesemir
– No tak, a co w tym złego? – zdziwił się Geralt
– Nie słyszałeś nigdy o mieczu prześwietlenia? Pradawne podania głoszą, że ów miecz ma dwa ostrza. Jedno z nich to prześwietlone tło, zaś drugie – niedoświetlona twarz.
– No weź… Kontra robi taki fajny efekt podświaty wokół sylwetki… I włosy tak fajnie modeluje…
– Nie ma mowy Geralt! Już zapomniałeś jakie jaja były ostatnim razem jak bawiłeś się pewnym mieczem mającym dwa ostrza? Awantura na całe uniwersum była. Pewien jegomość próbując spisać jak to było to się ledwo w pięcioksiągu zmieścił… Tak więc dajmy temu selfie spokój i chodźmy lepiej coś pooglądać. Na Netflixie ponoć fajny serial jest jakiś nowy. Jakieś fantasy z tym gościem, co to Supermana grał kiedyś.
I poszli porzucając tym samym plan Geralta na wykonanie epickiego selfie z kontry…

Był bardzo treściwy i mądry wstęp. Teraz pozwólcie, że skupię się na konkretach 😉
Dzisiaj chciałbym opowiedzieć wam trochę o tak zwanej kontrze, czyli oświetleniu tylnym. Myślę, że nie ma sensu sie rozwodzić nad samym pojęciem bo to w sumie oczywiste. Napiszę może tylko, że o oświetleniu tylnym mówimy wtedy, gdy obiekt przez nas fotografowany jest oświetlany, uwaga, od tyłu. Innymi słowy kontra jest wtedy gdy robimy zdjęcia pod światło. Taki rodzaj oświetlenia może być używany jako światło główne, albo dodatkowe. Ja dzisiaj chciałbym skupić się na tym pierwszym ponieważ dosyć często zdarza mi się fotografować pod światło i jak się pewnie domyślacie, bardzo lubię ten rodzaj oświetlenia. Powodów jest ku temu kilka .

Po pierwsze rezultaty pracy z tylnym światłem są prawie zawsze efektowne. W zależności od gustu ma się rozumieć. Chodzi tutaj oczywiście o efekt poświaty wokół sylwetki fotografowanej osoby. Co więcej wspomniania poświata w ciekawy sposób modeluje włosy, fakt faktem trzeba tutaj nieco uważać, ale o tym trochę później.

Po drugie. Uprzedzam to jest moje mocno subiektywne zdanie. Zdjęcia z kontry robi się dosyć łatwo. Albo trochę inaczej, fotografując w ten sposób można małym nakładem sił uzyskać świetne efekty (czyt. fajny efekt poświaty :P). Wystarczy umieścić źródło światła za fotografowaną osobą, bądź wybrać się w plener, gdy słońce jest dosyć nisko nad horyzontem i voila. Jednak, jak to mawiał klasyk: „zawsze jest jakieś ale” i zdjęcia pod światło nie są wyjątkiem od tej reguły.
Osobiście wymieniłbym trzy główne problemy, które mogą wystąpić w tego rodzaju ujęciach.
Pierwszy z nich występuje, gdy światło jest dosyć mocne. Łatwo wtedy o niedoświetlenie części zdjęcia. Dokładniej rzecz ujmując chodzi o te części osoby fotografowanej, które znajdują się w jej cieniu. Na przykład twarz osoby zwróconej przodem do obiektywu, a plecami do źródła światła. Oczywiście można ustawić ekspozycję tak, aby zacienione obszary były poprawnie naświetlone, jednakże miecz prześwietlenia ma dwa ostrza i z kolei w tym wypadku ryzykujemy prześwietlenie tła.

Drugi problem wiąże się z pierwszym. Mianowicie zdarza się, że zdjęcia z kontry cechują się nudą w grze świateł i cieni. Nie jest to sztywna zasada i zależy od wielu czynników, ale problem taki może się pojawić. Na przykład, jeśli znowu weźmiemy pod lupę przypadek opisany nieco wyżej, tj. osoba przodem do aparatu, a światło centralnie za plecami, to gwarantuje, że na twarzy tej osoby nie będzie się dziać zbyt wiele. Mam tutaj na myśli bardzo, bardzo równomierne i płaskie oświetlenie, czyli śladowe ilości cieni i świateł. Oczywiście może zdarzyć się tak, że jest to celowy zabieg, wtedy w ogóle nie było tematu 😉
Jednak często bywa tak, że pomimo fajnego efektu, jaki daje wspomniana wyżej poświata, zdjęcie jest po prostu nudne.

Istnieje oczywiście rozwiązanie wymienionych przeze mnie problemów. Jednakże problemy miały być trzy i w moim mniemaniu, owo rozwiązanie stanowi właśnie ten trzeci. Chodzi o to, że można łatwo obejść wspomniane ograniczenia poprzez zastosowanie jakiegoś modyfikatora światła czy to blendy, czy lampy błyskowej, albo studyjnej. Szkopuł w tym, że to łączy się z dodatkowymi kosztami. Wiadomo, punkt widzenia zależy od punku siedzenia i zainwestowanie dodatkowych środków pieniężnych dla jednego może nie stanowić problemu, ale dla drugiego już tak. Ceny lamp błyskowych są różne, ale zaczynają się raczej od kwot trzycyfrowych. Blendy są dużo tańsze, komplet trzech można kupić za kiladziesiąt złotych, jednak to też jest jakiś wydatek. Ostatecznie można zrobić sobie blendę DIY, albo do odbijania światła używać kawałka styropianu. Sam dość długo wykorzysytwałem styropian jako blende i byłem zadowolony z efektów 🙂

W ogólnym rozrachunku wychodzi na to, że zdjęcia z kontry mają więcej wad niż zalet. Jednakże matematyka nigdy nie była moją mocną stroną i osobiście gdybym miał zestawić wady i zalety tego typu oświetlenia to znak nierówności postawiłbym „dziubkiem” w stronę wad.
Wiecie, co tam problemy z naświetlaniem, czy kontrastem… poświata wokół sylwetki lub włosów to jest to..:D Efekt jest tym lepszy im mocniej wieje wiatr. Mocno rozwiane włosy fotografowane pod światło sprawiają, że nasz model/modelka wygląda jakby trzymał/trzymała się linii trakcyjnych na stacji PKP. 😀

Wracając jednak do poważnych rozważań na temat natury światła… Warto miec na uwadze, że powyższe stwierdzenia opieram głównie na moim doświadzczeniu z fotografią portetową, którą to za zwyczaj się zajmuję. Nie twierdzę przy tym, że podane informacje nie mają odniesienia do innych rodzajów fotografii, ale nie czuję się również na tyle kompetentny, aby stwierdzić, że są one uniwersalne. I tak na przykład fotografując z kontry jakiegoś ptaszka, wymienione przeze mnie wady i zalety tego rodzaju oświetlenia będą aktualne i prawdziwe. Z drugiej zaś strony, zdjęcie zachodzącego nad morzem słońca to scena oświetlona w podobny sposób, ale czy można powiedzieć, że gra świateł i cieni jest tutaj nudna?
Koniec końców punkt widzenia zawsze zależy od punku siedzenia i podobnie jest w fotografii, gdzie swoboda interpretacji i realizowania naszej wizji artystycznej jest praktycznie nieograniczona.

Pod spodem kilka zdjęc robionych z kontry, dzisiaj w formie pokazu slajdów 😉

Rola surówki w diecie fotografa

Kwestia surówek to bardzo intrygujący temat. Jedni je uwielbiają, inni wręcz nienawidzą. Dla jednych jest jak Miss Universe dla świata – najpiękniejsza i najsmaczniejsza na całym talerzu. Dla drugich zaś, jak Eurowizja – niby jest, ale po co, to już nikt nie pamięta.

Zaiste, godzinami można by snuć wywody odnośnie natury egzystencjalnej surówek. Jednak nasz czas na tej ziemii, pod tym niebiem (pozdro dla kumatych) jest krótki, jak czas świeżości większości surówek. Pozwólcie więc, że skupię się dzisiaj tylko na jednej kwestii związanej z tym obszernym tematem.

Mianowicie, uwaga na truizmy, jak sama nazwa wskazuje: surówka to coś surowego. Oczywiście mam na myśli surowość, jak w przypadku nieobrobionych termicznie warzyw (albo na przykład tatara), a nie surowość pani od matematyki w klasach 1-3. I tak jeśli słowo surowy przetłumaczymy na język angielski to otrzymamy wyraz raw. A tak się składa, że RAW to również jeden z formatów zapisu zdjęć. Co więcej, pokuszę się o stwierdzenie, że RAW to podstawa diety lwiej części fotografów.

Co to właściwie jest?

RAW w fotografii to format zapisu danych pozwalający na najwierniejsze odwzorowanie obrazu. Jest to możliwe ponieważ zdjęcia w tym formacie charakteryzują się potężnym zakresem tonalnym. Co więcej, RAW określa się często mianem cyfrowego negatywu, a to dlatego, że dane zapisane w tym formacie nie zawierają obrazu przetworzonego przez oprogramowanie aparatu. Jako ciekawostkę można dodać, że RAW w poszczególnych systemach może miec różne rozszerzenia, na przykład: Nikon – nef. ; Fujifilm – raf. ; Canon – cr2 itd.
Tłumacząc z polskiego na nasze chodzi o to, że „zdjęcie” w formacie RAW to surowy zapis danych z matrycy aparatu, czyli tego, co nasz sprzęt „zobaczył”, gdy wcisnelismy spust migawki.
Pliki w formacie RAW, jak wszystko na świecie, mają swoje wady i zalety. Do wad na pewno można zaliczyć fakt, że RAWy sporo ważą. Wynika to z tego, że jest w nich zapisana okrutna ilość danych. Idąc dalej, aby otworzyć taki plik na komputerze potrzebujemy zewnętrznego oprogramowania. To z kolei wynika z natury tego rodzaju plików, o czym pisałem wcześniej. Trzecia wada – RAWy, ponieważ nie są przetwarzane przez aparat, wymagają obróbki. Jeśli lubisz robić zdjęcia, ale nie chcesz, albo nie masz czasu na własnoręczną obróbkę, to ten format nie jest prawdopodobnie dla Ciebie 😉 Jednak dla wielu fotografów ta ostatnia „wada” jest największą zaletą RAWów ponieważ dzięki temu maja większy wpływ na końcowy efekt.

RAW vs JPG

W kwestii różnic pomiędzy tymi dwoma formatami zostało już sporo powiedziane i miałem ominąć ten punkt, ale jest jedna rzecz, o której warto tutaj dodatkowo wspomnieć.
Otóż wielu ludzi uważa, że robiąc zdjęcia w formacie JPG, ich obrazy są nietknięte tą fałszywą sztuką zwaną retuszem 😉 Sprawy mają się jednak nieco inaczej. Tak jak wspominałem, RAW to nieprzetworzony zapis danych z matrycy aparatu. Natomiast zdjęcia w formacie JPG, jak się już pewnie domyślacie, to taki plik, który został poddany obróbce przez oprogramowanie naszego apratu, czy smarfona. Tak więc JPG to nie zdjęcia bez retuszu, a raczej fotografie poddane obróbce automatycznej.
Dla jasności. Piszę to raczej jako ciekawostkę bo nie wszyscy o tym wiedzą, a wydaje mi się to być interesujące. Nie mam bólu tylnej części ciała w z powodu tego, jak czasami demonizuje się obróbkę graficzną i tematy pokrewne. Każdy z nas może mieć inne zdanie odnośnie retuszowania zdjęć i jestem w stanie to zrozumieć. Przy okazji chętnie dowiem się, co wy o tym myślicie. Zapraszam do dyskusji w komentarzach pod postem 🙂

Dlaczego wolę RAW

Ten temat poruszałem już kilkukrotnie, ale myślę, że warto go jeszcze troche poszerzyć. Głównym czynnikiem decydującym o tym, że uwielbiam fotografować w formacie RAW jest fakt, że mam wpływ na cały proces powstawania moich prac. Po prostu lubię i chcę mieć kontrolę na każdym etapie powstawania zdjęcia od momentu, gdy przygotowuję się do jego wykonania, aż do momentu kiedy je wywołam czy to w formie cyfrowej, czy drukując. W moim odczuciu pozwala mi to lepiej wyrazić siebie, bądź to, co chciałem przekazać danym zdjęciem/pracą. Dodatkowo umożliwia mi to uzyskiwanie lepszych efektów, znowuż jest to moje subiektywne zdanie.
Kolejna kwestia związana z tym, że preferuje RAWy to moje zainteresowanie obróbką graficzną. Uwielbiam bawić się narzędziami oferowanymi przez programy graficzne, testować możliwości, pracować z kolorami itd. Daje mi to sporo radości i pozwala dać upust kreatywności. Jeśli zerkniecie do mojego portfolio, albo na social media to zauważycie, że zdjęcia są różne. Nie mam jeszcze własnego stylu. Podobno ów styl wykształca się sam wraz z doświadczeniem, więc nie wykluczone, że kiedyś i ja posiądę własny. Jak na razie wyznaję podejście Bruce’a Lee: „Be water, my friend”.
Myślę, że ostatnią rzeczą, o jakiej tutaj wspomnę będzie fakt, że lubię wracać do moich starszych zdjęć, czy projektów. RAW daje mi tutaj coś, czego JPG nie jest w stanie. Otóż chodzi o to, że mogę obrabiać te zdjęcia tyle razy, ile tylko chcę zaczynając od podstaw, czyli od tego, co zarejestrował aparat. Ponieważ poświecam sporo czasu na naukę i doskonalenie mojego warsztatu to siłą rzeczy nabywam nowe umiejętności i najzwyczajniej w świecie staje się lepszy w tym, co robię. Wracając do starych zdjęc z nową wiedzą i doświadczeniem mogę dać tym obrazom nowe życie, albo poprawić coś, co kiedyś zrobiłem źle. A może po prostu mam nowy projekt, do którego pasowałby zdjęcia zrobione kiedyś, ale przydałoby się zmienić ich klimat? Możliwości jest mnóstwo.

Domyślam się, że część z was wpada tutaj tylko pooglądać zdjęcia i inne moje prace i niekoniecznie lubi czytać moje wypociny ;P Tak więc podrzucam wam pod spodem kilka prac, które pokazują, dlaczego uważam, że RAWy są okrutnie potężne.
Na samym spodzie znajdziecie też bonus w postaci krótkiego filmiku, na którym zobaczycie, jak wygląda obrabianie RAWA w praktyce. Możliwe, że pojawi się u mnie więcej takich materiałów, ale na razie nic nie obiecuję 😉
Miłego!

Tego pana nie znam 😉
Tego też nie.
Tak, to moja ulubiona miejscówka 🙂
To powinniscie już znać. Z perspektywy czasu stwierdzam, że nieco przegiąłem z kolorem nieba ;P
Tomek przed
I Tomek po 😉

I obiecany filmik: