Panorammiks

Dawno, dawno temu w pewnej galijskiej wiosce żył sobie pewien poczciwy starzec zwany Panoramiksem. Ów człek wyróżniał się na tle innych mieszkańców wioski nie tylko charakterystyczną, białą szatą przyozdobioną krwiście czerwoną peleryną, która stanowiła przyjemny dla oka kontrast do jego jasnoniebieskich ciżemek. Jego wyjątkowość nie polegała również na łysiejącej głowie pokrytej jeno po bokach snieżnobiałą siwizną, ani na potężnej, bujnej i sięgającej aż do goleni brodzie. Nie chodziło nawet o nos, który wydawał się wyrastać spod jego błyszczących oczu niczym Kilimandżaro na tanzaśkich ziemiach. Ba, nie chodziło nawet o jego drogocenny, złoty sierp, którym ścinał jemiołę – jeden ze składników przyrządzanych przez Panoramiksa sterydów.
Czymś, co wyróżniło sędziwego Panoramiksa na tle innych Galów była mądrość, a więc kluczowa w jego fachu cecha. Starzec był bowiem druidem.
Mieszkańcy wioski szanowali swojego dealera.. to znaczy druida i często prosili go rady w najróżniejszych sprawach. Zwykło sie mawiać, że mądrość Panoramiksa jest ogromna i wie on niemal wszystko. W tych lokalnych mitach musiało być nie jedno ziarnko prawdy, bowiem nasz dzisiejszy bohater wiedział, że w tytule tego wpisu nie ma literówki…

Myślę, że wszyscy znacie kreskówki i komiksy o walecznych Galach, do których nawiązałem we wstępie. W dzieciństwie uwielbiałem oglądać jak Asteriks i Obelix wspomagani magicznym napojem niemiłosiernie gromili Rzymian. Stąd też pomysł, żeby we wpisie nawiązać do galijskiego bimbrownika Panoramiksa. Pytanie brzmi: jaki to ma związek z fotografią, która jest motywem przewodnim tego bloga? Otóż, jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach i wszystko kręci się wokół dodatkowego „M” w tytule. Na pierwszy rzut oka, wygląda to na literówkę, ale jeśli postawimy spację pomiędzy dwoma „emkami” to uzyskamy panoram miks. Idąc dalej tym tropem możemy zmienić szyk wyrazów, co w efekcie da nam miks panoram, a stąd to już tylko rzut onucą do tego, o czym chciałem dziś nieco napisać. Mianowicie, dzisiaj będzie o panoramach, a ich miks podrzucę wam w kilku kadrach na końcu wpisu.

Domyślam się, że wiecie o jaką panoramę mi chodzi. Nie, nie o ten program telewizyjny 😉 Jako, że blog jest fotograficzny to chodzi oczywiście o zdjęcia panoramiczne. Jeśli ktoś nie wie, co to takiego to już tłumaczę. Otóż, w okrutnym uproszczeniu zdjęcia panoramiczne to obrazy szerokie jak nos Panoramiksa widziany z profilu, albo wysokie jak drzewa, na których rośnie jemioła.

Zdaję sobię sprawę, że to uproszczenie jest mocno przesadzone i zbyt proste nawet jak na uproszczenie. Zdaję sobie również sprawę, że poprzednie zdanie to tak zwane masło maślane, ale mam nadzieje, że wiecie, co miałem na myśli.

Nie jestem ekspertem od tego typu zdjęć, ale bardzo lubię je robić. Tak więc jeśli kogoś temat zainteresuje i chciałby poznać go od bardziej technicznej strony to myślę, że w sieci zostało już na ten temat sporo napisane. Niemniej jednak kilka informacji odnośnie wspomnianego typu zdjęć wam tutaj podrzucę.

W fotografii panorama to takie zdjęcie, w którym stosunek szerokości do wysokości wynosi 1,6:1. Wyróżniamy różne rodzaje panoram. Na przykład pionowe, poziome, albo kołowe. Inny podział możemy wprowadzić biorąć pod uwagę kąt widzenia. I tak uzyskamy panoramy sferyczne, częściowe i dookólne. Itp. Itd. Jak wspominałem, ekspert w tej kwestii ze mnie żaden więc pozwólcie, że opowiem wam, jak to u mnie jest z tymi panoramami. 😉

Obecnie wiele aparatów i smatfonów oferuje funkcję wykonywania zdjęć panoramicznych, ale o tym pewnie wiecie. Ba, pewnie nawet korzystacie z tej funkcji. I tak możemy sobie przesuwając telefon czy aparat, automatycznie zrobić elegancką panoramę. Druga opcja jest taka, że wykonujemy kilka, albo kilkanaśnie zdjęć i dopiero później za pomocą programu łączymy je w panoramę. I to jest opcja, którą osobiście preferuję. Istnieje wiele programów dedykowanych do tworzenia takich obrazów. Ja jednak korzystam w tym celu z Lightrooma i jestem zadowolony z efektów. Nie mniej jednak jeśli ktoś wykonuje dużo takich zdjęć to może faktycznie warto zainwestować w jakiś specjalny program. 🙂

Osobiście panoramuje głównie krajobrazy, chociaż zdarzało mi się tworzyć również zdjęcia panoramiczne różnych obiektów. Uważam, że panorama to świetny sposób na pokazanie piękna i ogromu otaczającego nas świata. Co więcej, panoramy pozwalają nam w dość prosty sposób tworzyć wrażenie głębi, co zwykle nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać. Tutaj mam na myśli fakt, że nas mózg pozwala nam postrzegać świat trójwymiarowo, a aparat, albo smartfon widzi nastomiast w 2D. Tak więc, coby zdjęcie dawało własnie takie wrażenie głębi trzeba go odpowiednio skadrować, ale o tym innym razem. Kiedy panoramujemy naszym telefonem, bądź aparatem obracając się zmieniamy nieco perspektywę, co z kolei wpływa na to, że efekt głębi tworzy się jakby z automatu.
Robienie panoram ma jeszcze jedną ogromną zaletę. Otóż możemy w ten sposób umieścić w kadrze znaczny wycinek krajobrazu, nawet jeśli nie posiadamy szerokokątnego obiektywu. I to jest właśnie ta cecha, przez którą zacząłem robić zdjęcia panoramiczne. Pomimo, że uwielbiam ogniskową 35mm (fotografuję na matrycy APS-C, więc kąt widzenia mam jak przy około 50mm) i często robię zdjęcia krajobrazowe takim właśnie standardowym obiektywem, to zdarza się, że jednak brakuje szerokości. W sumie to brakowało bo od pewnego czasu jestem posiadaczem dosyć szerokiego obiektywu ;P Nie mniej jednak, panoramy pozwalają poniekąd obejść pewne ograniczenia narzucane nam przez sprzęt (albo portfel).

Pogadałem sobie trochę, a więc teraz to, co tygrysy, badź tygrysice lubią najbardziej, czyli zdjęcia 🙂
Przy okazji, chciałem wam życzyć okrutnie fajnych świąt! Dużo zdrowia, szczęścia, radości, mokrego baranka i tak dalej:) Trzymajcie się zdrowo:)

To zdjęcie powinniście kojarzyć 🙂
Gdynia
Ciekawe czy ktoś z was wie, gdzie to jest?:)

Mój przyjaciel Retusz

Dzisiaj piszę do was z tej oto altany ;P

Z Retuszem poznaliśmy się niedługo po tym, jak kupiłem aparat. Gość, pomimo swej tajemniczości, wydawał się być całkiem w porządku. Coś w głębi duszy podpowiadało mi, że na pewno się polubimy. W sumie jak można nie lubić kogoś, kto potrafi, na przykład, magicznie powiększyć piersi…

Oczywiście żartuję (a może nie?^^). Mam nadzieję, że płeć piękna (niekoniecznie mam na myśli kobiety) nie poczyta mi za złe tego grubiańskiego, niskiego poczucia humoru.

Wracając do tematu. Przeczucie i tym razem mnie nie zawiodło bo zostaliśmy z Retuszem dobrymi przyjaciółmi. Nasza przyjaźń była z gatunku tych męskich i twardych jak skorupka orzecha włoskiego, ale, co warto podkreślić, nie była to znajomość bezcelowa. Tak się składa, że już na początku zawarliśmy z Retuszem pewien rodzaj umowy. On miał pomóc mi tworzyć lepsze zdjęcia i pokazać nowe możliwości, ja natomiast miałem brać pełną odpowiedzialność za owoce naszej kolaboracji. Jeśli wszystko idzie dobrze – na moją głowę wieniec laurowy, jeśli coś zepsuję- na moje plecy bat. Zgodziłem się.

Muszę wam powiedzieć, że ten Retusz to ciekawy jegomość – wielki retoryk i niestrudzony naciągacz. Namówił mnie na sporo interesujących inwestycji, ale co ważniejsze, zawsze okazywało się, że miał rację, a inwestycje zawsze były bardzo udane. I tak namówił mnie ma zakup kilku programów graficznych, kalibratora ekranu, tableta graficznego, a ostatnio przekonuje mnie do nabycia pewnej wtyczki do Photoshopa. Ciekaw, kiedy znów ulegnę temu krętaczowi…

Ciekawe, kto wie, co jest na pierwszym planie 🙂

Pozówlcie, że porzucę już ten ton bajarza i zacznę pisać do was jak człowiek.
Jesli chodzi o obróbkę zdjęć, czy samą w sobie grafikę komputerową, to lubię je nie mniej niż robienie zdjęć. Jak już kiedyś pisałem: w moim warsztacie, retusz jest integralną częścią procesu powstawania fotograficznych prac.

Z perspektywy czasu wiem, że nauka obróbki, którą zacząłem równolegle do nauki robienia zdjęć, to był dobry pomysł. Głównie dlatego, że w moim odczuciu te dwa tematy bardzo mocno się przeplatają i uzupełniają. Co więcej, paradoksalnie retuszowanie zdjęć nauczyło mnie sporo o fotografowaniu. Jak? To bardzo proste. Po pierwsze nauczyłem się lepiej kadrować zdjęcia. Po drugie, oglądanie zdjęć na monitorze weryfikuje, czy dane ujęcie jest dobre i „poprawne”, czy też nie. Nie twierdzę, że osoby, które nie obrabiają zdjęć, albo robią tylko delikatny retusz nie oglądają swoich zdjęć na monitorze. Mam na myśli raczej fakt, że jeśli spędzimy nad zdjęciem dłuższy czas to prawdopodobnie zauważymy rzeczy, na które nie zwróciliśmy wcześniej uwagi, albo zwyczajnie nam umknęły. Na przykład, portret oglądany na wyświetlaczu aparatu wydaję się być świetny, ale sprawy komplikują się, gdy po obejrzeniu tego samego zdjęcia na monitorze okazuje się, że jest okrutnie poruszone, albo nieostre. Prawdą jest, że jeśli takie zdjęcie ma być wrzucone tylko na FB, albo wydrukowane w małym formacie to prawdopodobnie można go uratować, tak że nikt nie zorientuje się, że fotografia była spartaczona. Nie zmienia to jednak faktu, że zdjęcie było poruszone/nieostre, a winę za to, w lwiej części przypadków, ponosi osoba, która to zdjęcie wykonała. Jak z tego nauka? Może trzeba było użyć statywu, albo skrócić czas naświetlania itd. Co więcej, takie dokładne, wielokrotne oglądanie naszych prac pozwala nam dobrze poznać możliwości naszego sprzętu. Tutaj podam przykład z autopsji. Mianowicie bardzo lubię robić zdjęcia z tak zwanej kontry czyli pod światło bo daje to bardzo przyjemny efekt poświaty wokół fotografowanego modela/modelki. Jednak po zrobieniu pewnej ilości takich zdjęć i obrobieniu ich wiem, że mój obiektyw 35mm w pewnych warunkach cechuje się potężną abberacją chromatyczną (w dużym skrócie to taka wada układu optycznego, która powoduje, że wokół obiektów pojawiają się różnokolorowe otoczki), na przykład podczas właśnie zdjęć z kontry. Nie oznacza to, że już nie robię zdjęć pod światło, ale raczej, że wiem z czym się liczyć kiedy się zdecyduje na takie właśnie ujęcie.

Na zdjęciu Magda. Jak się domyślacie, zdjęcie robione własnie z kontry.

Z drugiej zaś strony, robienie zdjęć nauczyło mnie sporo o ich obróbce. Tutaj mam na myśli głównie podejście typu: „to się poprawi w Photoshopie”. Ogólnie rzecz biorąc sporo osób, gdy zaczyna przygodę z programami graficznymi, nie może się oprzeć ogromowi możliwości oferowanych przez takie oprogramowanie. Z jednej strony, na początku często przesadza się z obróbką, a z drugiej prowadzi do tego, że taka osoba nie przykłada się zbytnio do samego wykonywania zdjęć. Dla przykładu znowu odniosę się do portretu. Na przykład, włosy modelki/modela są źle ułożone, elektryzują się itd – poprawi się w później. Coś rozprasza w tle – usunie się później. Wymieniać można by bez końca.

Jeśli komuś takie podejście odpowiada to okay, nie ma tematu. Sam kiedyś byłem w tym miejscu, a i dalej zdarza mi się złapać się na takim myśleniu. Jednak takie podejście zaczyna być problemem, gdy zależy nam na czasie bo kierująć się ideą „zrobi się w Photoshopie” dodajemy sobie sporo pracy. Czas realizacji projektu się wydłuża i mozna sobie napytać biedy.

Jako, że kwestia czasu została poruszona to pozwolę sobie nieco ten temat rozwinąć. Otóż czasami ludzie pytają mnie ile trwa sesja zdjęciowa, albo ile się czeka na gotowe zdjęcia. Odpowiadam wtedy, że na samą sesję z reguły schodzi mi około 2 godzin, ale gotowe zdjęcia oddam za tydzień/dwa. Często zauważam wtedy lekko zdziwienie rysujące się na twarzy mojego współrozmówcy. Oczywiście taka reakcja nie jest dla mnie niespodzianką bo sam na początku nie wiedziałem, jak czasochłonna moża być obróbka zdjęć.

Ile w takim razie czasu może to zająć? No cóż, robię głównie zdjęcia portretowe i zależnie od mojej wizji, oczekiwań klienta i samego zdjęcia może to być 15 minut, ale może to być również kilkanaście godzin. Cytując klasyka: „zależy, jak leży”.

Z tego miejsca warto wspomnieć, że wypowiadam się tutaj z mojego subiektywnego punktu widzenia. Dla mnie robienie zdjęć i retusz są nierozłączne. Wiem, że są ludzie, którzy nie zdjęć nie retuszują. Albo uważają, że tego nie robią, ale to już inna bajka. Wiem też, że są tacy, którzy retuszem, że tak się wyrażę, żyją. Moim zdaniem w tym temacie nie ma złego podejścia, ale uważam również, że warto wykorzystywać dobrodziejstwa techniki. 😉

Plik w formacie RAW prosto z puszki
I po obróbce

Powoli trzeba będzie kończyć ten wpis bo czuję, że chyba idę po rekord w kwestii długości posta na tym blogu 😉 Tematu, co prawda jeszcze nie wyczerpałem, ale wiadomo – umiar też mieć trzeba. Tak więc, dzięki za poświecony mi czas i do zobaczenia!:)

Kiedy trawka łechce brzuszek

Dzień dobry, cześć i czołem!

Jest takie powiedzenie: „Jak się nie przewrócisz, to sie nie nauczysz”. Oficjalnie twierdzi się, że to złota rada jaką góral daje swoim dzieciom podczas nauki jazdy na nartach. Nie sposób przejść obojętnie obok tej porady, a to dlatego, że górali, zwłaszcza tych bardziej wiekowych, uważa się za ludzi życiowo mądrych. Jednak nawet najstarsi górale nie wiedzą kiedy trawka łechce brzuszek…

Oczywiście żartuję. Wszyscy, nie tylko najstarsi górale, wiedzą, że trawka łechce brzuszek, gdy się na nią położymy, albo przewrócimy. W tym drugim przypadku, wracając do porady górala, dostajemy dodatkowo bonus w postaci nauki.

Pomalutku kończą mi się moje niekoniecznie śmieszne żarty więc pozwólcie, że powoli przejdę do rzeczy. Głównym tematem dzisiejszego wpisu jest to jak przyjemnie trawka łechce brzuszek. Znów żarcik 😉

Głównym tematem jest dzisiaj pewien rodzaj perspektywy, który bardzo sobie cenię. Mianowicie chodzi mi o szeroko pojętą niską perspektywę, którą osobiscie podzieliłbym na dwa rodzaje. Pierwszy z nich to tak zwana żabia perspektywa (ta, w której trawka łechce brzuszek) i coś, co nazwałbym zdjęciami robionymi „na Avengersa”.

W żabiej perspektywie oglądamy świat z poziomu gruntu. Dlaczego ją lubię? Otóż diametralnie zmienia się wtedy sposób postrzegania otaczającego nas świata. Z punku widzenia żabki, tudzież innej ropuchy, można dostrzec niezliczoną ilość rzeczy, zjawisk, roślin i stworzeń, na które zwykle nie zwracamy uwagi. A jeśli nawet zwracamy, to zwykle widzimy je z góry. Co ważne, szczególnie dla mnie, obniżenie perspektywy daje ogromne możliwości fotograficzne, czy to w fotografii krajobrazowej, czy też podczas prób uchwycenia magii tego mikro świata znajdującego się na codzień pod naszymi stopami.
Jeśli lubicie robić zdjęcia to zachęcam od czasu do czasu poczołgać się po ogrodzie, albo pobliskim lesie. Będziecie zaskoczeni ile pięknych kadrów kryje się w takich pozornie niepozornych miejscach. Dodatkowo odczujecie niezwykłą przyjemność, gdy trawka będzie wam łechtać brzuszek 😀

Zostaje jeszcze perspektywa „na Avengersa.” Polega ona na tym, że wykonujemy zdjęcie ze spodu, to znaczy, że znajdujemy się niżej niż temat naszego zdjęcia, a aparat skierowany jest pod kątem ku górze. Skąd, w takim razie, moja robocza nazwa? Otóż perspektywa ta ma klilka ciekawych zastosowań przy zdjęciach ludzi. Mianowicie osoba fotografowana „na Avengersa” wydaje się być wyższa i poważniejsza. W pewien sposób przypomina superbohatera. Możecie zwrócić uwagę na plakaty, albo obrazki z jakimiś superbohaterami. Lwia część takich grafik przedstawia postacie właśnie z opisywanej przeze mnie perspektywy.

Kolejny ciekawy efekt jaki mozna uzyskać stosując tą perspektywę łączy się z tym, co pisałem odnośnie tego jak postrzegamy wielkość osoby fotografowanej. Ów efekt zainteresuje pewnie głównie płeć piękną ponieważ fotografowanie „na Avengersa” sprawia, że nogi stają wizualnie dłuższe. Nie jest to technika pozbawiona wad. Jedna z nich to fakt, że bardzo łatwo naszemu modelowi/modelce dorobić drugi, albo i trzeci podbródek 😉

Osobiście, jak już wspominałem, bardzo lubię zdjęcia robione ze spodu, albo żabiej perspektywy. Nie tylko dlatego, że trawka robi sami wiecie co, ale również przez to, że daje mi to możliwość pokazania świata lub jakiejś jego części inaczej niż widzimy to zwykle. Dla mnie to jeden z tych elementów , które sprawiają, że fotografia jest tak pasjonująca. Możliwość dostrzeżenia piękna i niezwykłości w rzeczach zwykłych i pozornie błahych oraz spojrzenie na świat z innej niż zazwyczaj perpektywy.

W czeluściach dysku twardego

Dzień dobry, cześć i czołem!

Już prawie kwiecień. Pogoda, co prawda, dalej płata figle, ale ogólnie rzecz biorąc jest coraz lepiej. W normalnych okolicznościach uznałbym, że powoli zaczyna się sezon na sesje plenerowe i pora zakasać rękawy, i wziąć się do roboty. Jednakże okoliczności z jakimi mamy obecnie do czynienia nieco odbiegają od powszechnie pojętej normalności 😉
Tak więc, nieprzeciętne okoliczności wymagają od nas działań innych niż zazwyczaj. Na przykład – ja zamiast robić ludziom zdjęcia, uznałem, że zrobię porządek na dysku twardym. Zagłębiłem się więc w trzewia tego magnetycznego potwora i stoczyłem zaciekłą walkę z diabelskimi folderami i plikami. Udało mi się wyjść z tego starcia bez szwanku, co więcej, wpadłem na pomysł o czym będzie następny wpis na blogu.

Dzisiaj zabiorę was do mojej rodzinnej wioski – Soblówki i pokaże wam kilka szczególnych dla mnie miejsc. No to lecimy 😉

No więc, cytując naszą wszechwiedzącą ciocię Wikipedie:
„Soblówka – wieś w Polsce położona w województwie śląskim, w powiecie żywieckim, w gminie Ujsoły. Graniczy ze Słowacją, w dolinie potoku Cicha. Położona jest u podnóża góry Wielka Rycerzowa i Muńcuł.”

Teraz, pozwólcie, dodam coś od siebie:)
Po pierwsze, góry wymienione przez ciocię Wiki nie są jedynymi położonymi tutaj szczytami. Prawdą natomiast jest, że są najbardziej znane. Oprócz tych naszych lokalnych szczytów-celebrytów jest tutaj cała masa innych gór, szczytów, potoków itd. Szczerze wątpie, że któryś z mieszkańców jest w stanie wymienić je wszystkie, ale oczywiście mogę się mylić 🙂 W telegraficznym skrócie: jest tutaj gdzie chodzić oraz jest, co oglądać bo wieś jest okrutnie urokliwa.
Po drugie, życie jest tutaj spokojne. Pamiętacie, jak pisałem o zrelaksowanej sarnie, z którą można by sobie zrobić selfie? To najlepsze podsumowanie tego, jak się tutaj żyje 😉
Po trzecie, czuje się tutaj prawdziwą więź z naturą. Postaram się opisać to tak: gdy odwrócę wzrok od monitora i zerkę za okno – zobaczę las; jeśli wyjdę przed dom – zobaczę las; pójdę za dom- zobaczę las. Wieczorem, gdy słońce zacznie zachodzić – pod domem zobaczę sarny, albo jelenie. Gdy pójdę na spacer do lasu to prawdopodobnie niechący wystraszę jakiegoś zająca, albo lisa. Powietrze pachnie mokrą ziemią, ptaki (w zależności od gatunku) śpiewają mniej lub bardziej radośnie. Rytm życia rownież regulowany jest przez prawa natury. Nadchodzi jesień – ludzie szykują się za zimę. Przychodzi wiosna, mieszkańcy razem z przyrodą budzą się do życia. Później zaczyna się praca w polu bo i rolnictwo jest tutaj jeszcze obecne. Co prawda, czasami trzeba się trochę namęczyć, żeby zobaczyć jakąś krowę, ale przecież nie można mieć wszystkiego 😉

W gruncie rzeczy o Soblówce mogłbym pisać godzinami i pewnie nie wyczerpałbym tematu. To zaiste piękne miejsce, a fakt, że akutat tutaj przyszło mi się pojawić na świecie uważam za na prawdę ogromne szczęście:)

Teraz pokaże wam, tak jak obiecałem, kilka miejsc, które są dla mnie szczególnie ważne. Jeśli dotrwaliście ze mną do tego momentu to bądźcie spokojni – od teraz będzie więcej zdjęc niż moich pisarkich wypocin.

Coło, tudzież Czoło

Pozycja numer jeden to szczyt Wielkiego Smerekowa, zwany przez tubylców Coło, a przez przyjezdnych Czoło. Dlaczego to jest szczególne dla mnie miejsce? Otóż, to szczyt przysiółka, na ktorym mieszkam więc, że tak się wyrażę, mam to miejsce pod ręką. Jest to o tyle świetne, że Coło jest doskonałym punktem widokowym. Pochodzi stamtąd zdjęcie, które widzieliście na początku tego wpisu. Oto kilka innych:

„Szopka”

Oczywiście nie chodzi mi o szopkę bożonarodzeniową. Jest to miejsce, o którym już wspominałem na łamach tego bloga (znając życie więcej niż jeden raz). To miejsce jest dla mnie szczególne ze względu na fakt, że wykonałem w jego pobliżu niezliczoną ilość sesji plenerowych. Co więcej, uważam, że nie wykorzystałem jeszcze całości potencjału, które to miejsce oferuje. Może kiedyś się uda, a na razie łapcie kilka ujęć.

Bonus

Obiecany bonus czyli kilka zdjęć, które również zrobione został w Soblówce. Podobnie jak poprzednie, odkopałem je podczas porządkowania dysku. Enjoy!

Na dzisiaj to chyba tyle. Mam nadzieje, że podobają się wam zdjęcia z Soblówki bo możliwe, że pojawi się ich tutaj więcej. Nie dlatego, że mam jeszcze jakieś na dysku, ale przez to, że wpadłem na, moim zdaniem, interesujący pomysł ciekawego projektu z Soblówka w roli głównej. Tak więc bądźcie czujni bo nie wiecie, kiedy wam Szymon zaskoczy wpisem 😉
Trzymajcie się zdrowo!

Monochromatycznie

Dzisiaj nie będzie zdjęć, będzie grafika 🙂

Wszyscy wiemy, co się dzieje obecnie na świecie. Ja mam to szczęście, że mogę siedzieć w domu. Nie mogę natomiast, z oczywistych względów, uprawiać mojej ulubionej dziedziny fotografii czyli fotografii portretowej. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Jak już kilka razy wspominałem zarówno tutaj, jak i na moich profilach na FB i instagramie, oprócz robienia zdjęć, lubię też popracować z grafiką. Taki domorosły digital artist ze mnie 😉
Jak się pewnie domyślacie, zarówno Photoshop jak i mój tablet graficzny są ostatnio dość mocno eksploatowane.

Dzisiaj chciałem się z wami podzielić kilkoma monochromatycznymi obrazami, które wykonałem w ostatnim czasie.
Jeśli nie wiecie, co to znaczy „monochromatyczny” to już tłumaczę. Otóż, w dużym uproszczeniu, oznacza to, że coś jest jednokolorowe. Jednokolorowe nie jak, powiedzmy, kartka z kolorowego bloku, ale jak, na przykład, czarno-białe zdjęcie. Zdaję sobie sprawę, że określenie „czarno-biały” podpowiada, że użyte zostały dwa kolory – czarny i biały, ale jeśli spojrzycie na czarno-białe zdjęcie to zobaczycie głównie kolor szary. Dokładniej rzecz biorąc, różne odcienie szarości, znajdujące się pomiędzy kolorem czarnym i białym. Natomiast jeśli ten szary zastąpimy, na przykład, czerwonym to otrzymamy różne odcienie czerwonego, od najciemniejszych do najjaśniejszych. Idąc dalej tym tropem, jeśli okrutnie mocno przyciemnimy czerwony to koniec końców stanie się on czarny i vice versa jeśli okrutnie mocno go rozjaśnimy to w końcu stanie się biały. Mimo wszystko jest to bardzo duże uproszczenie, ale myślę, że wiecie już o co chodzi z tą monochromatycznością 😉

Bardzo lubię takie obrazki z dwóch powodów, mianowicie, są efektowne i bardzo proste do wykonania. Taki monochromatyczny obraz można zrobić w dowolnym programie do obróbki grafiki, ale dobrze jeśli taki program obsługuje warstwy. Ja korzystam z Photoshopa, ale darmowy Gimp również spokojnie da sobie radę.

W takich jednokolorowych pejzażach, cały trik polega na tym, aby stworzyć wrażenie głębi. Jest to dosyć proste ponieważ opiera się na nakładaniu się na siebie kolejnych warstw służących jako pierwszy, drugi, trzeci plan itd. Jak widzicie, im dalszy plan, tym kolory są jaśniejsze i mniej nasycone. Wszystko, czego potrzeba to jakaś wizja i kilka warstw stanowiących kolejne plany. Cała reszta to już tylko kosmetyka. Mam tutaj na mysli wszystko to, co widać powyżej czyli: drzewa, zarośla, zwierzęta, świetliki itd. Jedynym ograniczeniem jest tutaj, tak na prawdę, tylko wyobraźnia.

Jeśli chodzi o wspomnianą kosmetykę to ja osobiście używam głównie narzędzia zwanego pędzlem 😉
Zależnie od mojej wizji tworzę własne pędzle w Photoshopie. Tak powstały wszystkie drzewa, ptaki, chmury, mgła, czy gwiazdy, które widzicie na powyższych pejzażach. Jeśli mnie pamięć nie myli to Gimp również pozwala tworzyć własne pędzle więc jeśli ktoś chciałby „namalować” własny obraz to warto wziąc to pod uwagę. Tworzenie pędzli jest bardzo proste i znajdziecie na ten temat dosłownie dziesiątki poradników.
Drugim narzędziem, z którego korzystam tworząc takie obrazki są różne rodzaje rozmycia, ale głównie mam tutaj na mysli rozmycie Gaussa. Pozwala mi to w prosty sposób tworzyć efekt poświaty wokół gwiazd, czy innych źródeł światła.

Ogólnie rzecz biorąc to byłoby na tyle jeśli chodzi o mnie i monochromatyczne obrazy. Jeśli ktoś chciałby taki obraz, albo chciał sobie sam zrobić, a miałby pytania to służę pomocą tutaj, albo na FB. Trzymajcie się zdrowo:)