Groza w skrócie

W poprzednim wpisie opowiadałem o moich wycieczkach na Kozią Górę. Wspomniałem również, że zdarzało mi się robić tam sesje plenerowe. Dzisiaj chciałbym wam pokazać nieco kadrów wykonanych podczas takiej właśnie sesji.

Zanim jednak przejdę do zdjęć, chciałbym opowiedzieć wam co działo się zanim dotarliśmy na szczyt…

Listopad był tego roku wyjątkowo suchy i słoneczny. Co prawda złota polska jesień już minęła, jednak utrzymanie komfortu termicznego nie było trudne. Niedziela, w którą wybraliśmy się z Olą na Kozią Górę była jednym z tych ciepłych, pogodnych dni. Plan był doskonały: dostać się na szczyt jak najszybciej, aby zdążyć zanim rozpocznie się magiczna, złota godzina. Wyruszyliśmy więc, żywo dyskutując na jakieś mało istotne tematy, a dystans, który mieliśmy do przebycia wydawał się niknąć w oczach. Wyglądało to jak scena z obrazka: para tryskających radością narzeczonych trzymając się za ręce spaceruje ścieżką wijącą się pośród lasów. Jednak tak jak każde opowiadanie ma coś, co fachowo nazywamy punktem zwrotnym, tak w każdym związku przychodzi moment, który fachowo nazywamy kryzysem. Nie inaczej było i tym razem. Sielanka skończyła się szybko po tym jak uznałem, że wiem jak skrócić drogę na szczyt. Prawdą jest, że droga była krótsza, ale koszt psychiczny jaki poniosłem w związku z tą decyzją nie był do niej proporcjonalny. Arkadia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stała się piekłem napędzanym kobiecym temperamentem. Stało się tak za sprawą drogi, a właściwie to jej braku, którą szliśmy. Podejście było strome niczym ściany Wielkiego Kanionu. Na domiar złego wszystko najeżone było krzakami i suchymi gałęziami tworząc coś w rodzaju gęsto rozsianych wilczych dołów. Ola, która zwykle jest bardzo rozmowna, przez całą drogę nie odezwała się nawet słowem (pomijając kilka klątw rzuconych w moją stronę), lecz jej wzrok… Jej wzrok był jak Merci, wyrażał więcej niż tysiąc słów. Groza, przez którą powietrze stało się gęste tak, że można by bez problemu zawiesić na nim topór, trwała nieskończenie długie 10 minut. W końcu wróciliśmy na utarty szlak, a nienawiść jaką obdarzyła mnie ta na co dzień miła i sympatyczna osoba ustąpiła miejsca bardziej pozytywnym odczuciom takim jak, na przykład, wstręt. Ale i ten odpuścił, gdy wdrapaliśmy się na szczyt realizując plan. Po krótkim odpoczynku zaczęliśmy robić zdjęcia korzystając z dobrodziejstw popołudniowego słońca.
Jak wiadomo czas leczy rany(zwłaszcza zadrapania po krzakach) i do dzisiaj mamy z Olą niezły ubaw wspominając tą wyprawę, gdzie nienawiść miesza się z potem i krwią. Każdy z nas nauczył się wtedy czegoś innego: Ola wie już, że nie należy ufać moim skrótom, ja zaś poznałem, co to groza. To był zaiste ciekawy dzień.

Pogadałem sobie trochę, a teraz obiecane zdjęcia. 🙂

Las Palmas, Las Vegas i Las Cygański

Moja baza wypadowa znajduje się w Bielsku-Białej, a dokładniej rzecz ujmując w bardzo bliskiej okolicy Cygańskiego Lasu. Muszę przyznać, że to na prawdę świetna lokalizacja.

Jest tutaj, uwaga, las, a w nim wiele ścieżek czy szlaków turystycznych na pobliskie szczyty. Jednym z owych szczytów jest Kozia Górka, którą wręcz uwielbiam.

Moje pozytywne relacje z tym miejscem biorą się z kilku powodów.
Po pierwsze, Kozia Górka jest łatwo dostępna. Prowadzi tutaj multum szlaków i warto przy tym wspomnieć, że są one łagodne i urokliwe. Prowadzą przez leśne ostępy poprzecinane swego rodzaju „punktami widokowymi”. Chodzi mi po prostu o miejsca, gdzie las nie jest zbyt gęsty i możliwe jest podziwianie okolicznych krajobrazów.

To druga rzecz, za którą tak lubię Kozią Górkę. Widoki stąd są zaiste przednie. Świetnie widać zarówno miasto jak i pobliskie góry oraz sąsiednie wioski. Jeśli uda się trafić na sprzyjającą pogodę to panorama Bielska i terenów położonych bardziej na północ jest na prawdę imponująca. W telegraficznym skrócie – jest tutaj co oglądać.

Wracając jednak do tematu dostępności Koziej Górki należy wspomnieć jeszcze o jednym. Mianowicie, na szczyt idzie się piechotą około 30 – 40 minut. Czyli prawie tyle co nic.

Wypadkowa wspomnianych przeze mnie cech sprawia, że Kozia Górka jest świetnym miejscem na sesje zdjęciowe w plenerze.

Jak się pewnie domyślacie, kilka takich sesji już tutaj zrobiłem. Co prawda, zaledwie dwie z nich były sesjami portretowymi, ale tego ile razy byłem tutaj z aparatem, żeby po prostu sobie popstrykać, nie wiedzą nawet najstarsi górale. Tak więc , coby już nie przedłużać , wrzucam wam poniżej kilka zdjęć, które wykonałem podczas moich wypraw na Kozią. Enjoy!

A może nad morze?

Chyba każdy z nas ma takie miejsca, w które lubi wracać. Nie jestem wyjątkiem od tej, o ile można to tak nazwać, reguły i też mam takie właśnie miejsca. Sugerując się tytułem, można łatwo domyślić się o jakim miejscu mam zamiar dzisiaj pisać. Wiem, że określenie polskiego wybrzeża „miejscem” jest okrutnie ogólne, ale myślę, że wiecie co mam na myśli używając tego wyrazu.

Nad morzem bywam zwykle późnym latem, w okresie wakacyjnym, ale nie ukrywam, że od pewnego czasu krążą po mojej głowie myśli, coby dowiedzieć się jak wygląda polskie wybrzeże w trakcie innych pór roku.

Tak jak już wspominałem, lubię polskie morze. Trudno mi powiedzieć czemu tak jest, ale jakoś tak na mnie działa to „miejsce”, że lubię tam przebywać. Tak po prostu. Również i w zeszłym roku, w ramach urlopu, wybrałem się na północ Polski, a dokładnie do Gdyni, w której aktywnie wypoczywając spędziłem kilka dni.

Jak zapewne się domyślacie, mam sporo zdjęć z tego wyjazdu. Pozwólcie zatem, że zaproszę was na swego rodzaju spacer plażą z Gdyni do Orłowa.

Naszą podróż zaczniemy na plaży miejskiej skąd udamy się na Bulwar Nadmorski im. Feliksa Nowowiejskiego i dalej w stronę Orłowa.

Po lewej szumi morze i krzyczą mewy, po prawej zabudowania mieszają się z zielenią drzew.

Dotarliśmy do małego molo. Dalej pójdziemy plażą. Woda przyjemnie łaskocze po stopach gdy spacerujemy wzdłuż rezerwatu Kępa Redłowska.

Plaża jest piaszczysta i dosyć szeroka, a nadmorska roślinność bujna i tajemnicza.

Przed nami falochron, a później plaża redłowska. W oddali zaczynają majaczyć klify na plaży w Orłowie.

Ten odcinek znany jest jako dzika plaża. Podłoże staje się coraz twardsze, kamieniste. O większe kamienie rozbijają się fale.

Dalej pójdziemy lasem, aby dostać się na klify. Są tutaj stanowiska artyleryjskie z czasów drugiej wojny. Gratka dla fanów militariów i osób zainteresowanych historią.

Widoki z klifów są fantastyczne. Na dodatek pogoda dopisuje, a światło jest miękkie i ciepłe.

W końcu jest i molo w Orłowie, a więc koniec naszej wycieczki.

Spacer zakończony. Teraz pozostaje już tylko udać się na kawę, ewentualnie na jakiś trunek i wracać do domu.
Dzięki za towarzystwo. Fajnie było móc pokazać Ci jak zapamiętałem wybrzeże w Gdyni.

Do Zobaczenia 🙂

Historia pewnego obrazu

Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za ostatnim zjazdem z ekspresówki żył sobie Szymon. Szymon lubił robić zdjęcia i pracować z grafiką komputerową. Pewnego słonecznego dnia, siedział sobie w swojej wiejskiej chatce i oglądał tutoriale na YouTube…

Tak właśnie zacząłbym opowiadanie o tym jak wpadłem na pomysł odrestaurowania pewnego obrazu. Pozwolicie jednak, że daruję sobie ton bajarza, gdyż moje pióro jest tak lekkie jak kotwica w Titanicu. Więc, coby nie obrzydzić wam i sobie literatury pięknej, przejdę do konkretów.

Osoby, która śledzą mnie na FB pewnie domyślają się o jaki obraz może chodzić. Mianowicie mowa tutaj o portrecie ślubnym moich dziadków. Portret ów pomimo faktu, że jest już dosyć leciwy, zachował się w dobrym stanie.

Opowiadanie, którego – dzięki Bogu – postanowiłem nie kontynuować byłoby oparte na faktach. Nie chodzi mi tutaj o położenie geograficzne mojego domu, ale o „tutoriale” na YouTube. Tak się składa, że jeden z takich instruktażowych filmików był moją inspiracją do przedsięwzięcia projektu, nazwanego roboczo, „Dziadki vol.1.” Jak nie trudno się domyślić, ów projekt miał na celu odrestaurowanie wspomnianego wcześniej portretu.

Pomimo, że wiedziałem co chcę zrobić, to kwestii tego jak to zrobić nie byłem już taki pewien. Plan był taki:

  • „wyczyścić” obraz; usunąć znamiona czasu w postaci plan, przebarwień itd.
  • stworzyć ścieżki i maski wszystkich elementów (poszczególne części ciała, ubrania itp.) coby można było z każdym z nich pracować osobno.
  • poprawić kontury i ewentualnie dorysować jakieś szczegóły, bądź brakujące rzeczy.
  • na nowo pokolorować obraz
  • zmienić tło
  • wykonać ostatnie szlify, tj. popracować nad kolorem, światłem, szczegółami itd.

Koniec końców plan okazał się całkiem dobry, a ja miałem sporo radości i nauki podczas realizacji tego projektu. Szczególnie dobrze wspominam kolorowanie i moje rozmyślania nad tym jak sprawić, żeby welon wyglądał tak, jak na welon przystało. W końcu za pomocą odpowiedniego ustawienia trybu warstw, stopnia krycia i wykonania odpowiedniej maski udało mi się osiągnąć zamierzony efekt. Przyznać jednak muszę, że po skończeniu tego projektu, przez pewien czas patrząc na ikony narzędzi do zaznaczania w Photoshopie dostawałem torsji.

Ostatnia część mojego planu tj. ostatnie szlify, poszła dosyć gładko. Głównie dlatego, że mogłem tutaj wykorzystać znane mi techniki i metody, których używam do retuszowania zdjęć z moich sesji portretowych.

Całość wykonania tego projektu zajęła mi trochę czasu. Częściowo przez to, że pracowałem nad nim popołudniami po pracy, a częściowo dlatego, że działałem nieco po omacku. Nauczony doświadczeniem wiem, że teraz byłbym w stanie wykonać to znacznie sprawniej, o czym będę mógł przekonać się już niedługo ponieważ tak się składa, że mam jeszcze jeden podobny obraz do odrestaurowania. Jeśli wszystko ułoży się po mojej myśli to możliwe, że będziecie mogli zobaczyć cały proces od początku do końca. Tak więc, jak to mawiają za wielką wodą, stay tuned!:)

Aparaty, sarenki i fizyka kwantowa

Aparat kupiłem w zestawie z kitowym teleobiektywem. Jako, że lubię wszelkiej maści istoty żyjące to uznałem, że fotografia przyrody to coś w sam raz dla mnie. Na dodatek w miejscu, w którym mieszkam występuje całe mnóstwo różnych zwierząt: saren, jeleni, dzików, zdarzają się zające i lisy, a raz na przechadzkę zapuścił się tutaj nawet wilk. Kumulacja.

Były zwierzęta, był aparat, obiektyw i ja – przyrodnik amator. Pozostało tylko zrobić jakieś zdjęcia i czekać na telefon z National Geographic. Zdjęcia, owszem, jakieś zrobiłem. Raz udało mi się sfotografować sarnę – uwaga – z podchodu! Fakt faktem sarenka była tak przyzwyczajona do kontaktu z ludźmi, że równie dobrze mógłbym zrobić sobie z nią selfie, ale radości i tak miałem co nie miara. Gdyby ktoś pytał to nie, nie zadzwonili z National Geographic 😉

Oto i moja sarenka. Na górze możecie zobaczyć jak zdjęcia wyglądały po zgraniu ich z aparatu. Przyznaję, musiałem za nimi trochę poszperać w zakamarkach mojego twardego dysku, ale chciałem wam je pokazać. Uznałem, że może warto dać im drugą szansę i pod spodem możecie zobaczyć moje próby „uratowania” tychże zdjęć. Jak wyszło oceńcie sami 🙂

Od czasu do czasu wybierałem się na takie bezkrwawe łowy, ale efekty były, określę to bardzo łagodnie, takie sobie. Co prawda wiedziałem wtedy o fotografii(nie tylko przyrodniczej) tyle, co świnka Peppa o fizyce kwantowej, ale satysfakcji jaką czułem podczas siedzenia godzinami w krzakach nie zabierze mi nikt. Czasem nawet udało mi się nazbierać nieco grzybów więc jakiś szczątkowy pożytek ze mnie jednak był. W końcu poczułem, że fotografowanie zwierząt to nie moja para kaloszy. Polubiłem jednak ogólnie pojęta fotografię przyrodniczą, a zwłaszcza takie tematy jak drzewa i owady.

Apropos owadów. Taki o żuk sfotografowany pewnego dnia na wycieczce po lesie.

W przerwach od jakże owocnych polowań, badałem coraz to nowe obszary w świecie fotografii. W gruncie rzeczy to robiłem zdjęcia wszystkiemu – chyba jak każdy kto pierwszy raz dostał do ręki aparat fotograficzny. Były i krajobrazy, i zdjęcia przedmiotów, i twory, które najbezpieczniej określić jako „abstrakcyjne.” Na koniec natomiast zostawiłem zdjęcia ludzi.

Pewnego dnia poprosiłem narzeczoną o poświecenie mi chwili czasu celem zrobienia jej paru zdjęć. Kto z was widział zdjęcia, które robię, pewnie domyśla się, że ten rodzaj fotografii pochłonął mnie najbardziej.

Oto, proszę państwa, zdjęcie, od którego zaczęło się moje zamiłowanie do portretów 🙂

Od tego momentu postanowiłem poszerzać swoją wiedzę na temat fotografii i gromadzić doświadczenie w robieniu zdjęć. Proces ten trwa nieustannie do dzisiaj i nie zapowiada się szybko się skończy. Jasne, że dzisiaj gdy patrzę jak wyglądały moje prace kiedyś, wiem, że zrobiłem spore postępy. Wiem również, że przede mną jeszcze lata świetlne nauki i praktyki. Jestem jednak dobrej myśli bo, jak to mówią, „nie od razu Kraków zbudowano.”

Ostatnio wspominałem o tym, że los czasem bywa przewrotny. Wiem, wiem, odkrywcze stwierdzenie. Dzisiaj dodam, że owa przewrotność, niczym doppler w fantastyce Sapkowiskiego, przybiera różne formy. W moim wypadku polegała na tym, że dalej jestem przyrodnikiem amatorem. Zmieniły się jedynie sarenki, które fotografuje. A świnka Peppa… No cóż, Peppa w miedzy czasie liznęła coś nie coś na temat fizyki kwantowej.