Jak to było, gdy mnie nie było

Fortuna kołem się toczy – jak to mówią. Niestety moje koło w ostatnim czasie było chyba dziurawe i nie toczyło się tak, jakbym sobie życzył. W sumie to chyba o to właśnie chodzi w tym powiedzeniu o fortunie, ale nieważne…

Wybaczcie ten nieco suchy wstęp, ale sami wiecie, że jakoś zacząć trzeba. 😉

Ale do rzeczy. Przez ostatnie dwa tygodnie planowałem się wybrać gdzieś w góry, coby mieć o czym pisać tutaj na blogu. Jak pewnie się domyślacie, na planowaniu się skończyło. Niestety raz powstrzymała mnie pogoda, a tydzień później rozchorował mi się młody. Chyba chciał cały długi weekend spędzić z rodzicami. 😉

Koniec końców zostałem bez „bieżących” materiałów na bloga, ale jednocześnie odczuwałem dużą ochotę na opublikowanie jakiegoś wpisu. Wpadłem więc na pomysł, że opowiem Wam trochę o tym, co się działo u mnie w czasie mojej rocznej nieobecności. Z góry zaznaczam – szału ni ma . 😉

Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to moje zauroczenie fotografią żywności. Bardzo mi się ten typ zdjęć spodobał, bo nie wiem, czy wiecie, ale gotowanie to moja druga wielka pasja. 😉 Niestety, brakuje mi teraz czasu na bieganie z aparatem po kuchni, ale mam wielką nadzieję, że kiedyś dane mi będzie popracować więcej z fotografią jedzenia.

Nie spędziłem zbyt wiele czasu z aparatem w terenie. Dopiero niedawno wróciłem na szlak, albo bezdroża – bo zwykle włóczę się po mało znanych zadupiach. 😀

Wpadło też kilka ślubów i sesji portretowych. Trochę zdjęć młodego, a w zasadzie dwóch, bo zostałem w zeszłym roku podwójnym ojcem – „normalnymoraz chrzestnym. Ogólnie rzecz biorąc, coś tam napstrykałem, ale jak to mówią – bez szału.

Warto też dodać, że zająłem się fotografią wnętrz i w tym temacie niedługo powinno się dziać u mnie dużo, dużo więcej.

I to w sumie chyba tyle. Mało dziś konkretów i nowości. Na pocieszenie mogę dodać, że w ten weekend pogoda ma być niezła i wszystko wskazuje na to, że wyruszę gdzieś na szlak. Chociaż w momencie publikacji tego posta jest już pewnie po weekendzie. 😉

Na razie to tyle ode mnie. Mam kilka ciekawych rzeczy do podzielenia się z Wami, więc jeśli jesteście zainteresowani, to śledźcie moje media społecznościowe.

Miłego!:)

Wyprawa na Krawców Wierch

Powitać!

Wiem, wiem. Niezbyt kreatywny tytuł wymyśliłem do tego wpisu. Sami wiecie, czasem trzeba po linii najmniejszego oporu. 😉

Krawców chodził mi po głowie już od dłuższego czasu i w końcu udało mi się tam wybrać. Ruszyłem przed świtem żółtym szlakiem z Młynarzowej, tak żeby zastać na szczycie fajne światło. Przez połowę wyprawy warunki były nieziemskie. To był jeden z tych poranków, za które fotograf bez wahania oddałby nerkę i połowę wątroby. Niestety później się zachmurzyło i gdy dotarłem na górę to wiedziałem, że zdjęcia nie wyjdą tak jak sobie zaplanowałem. Dodatkowo widoczność tego dnia była raczej średnia. O ile ta kiepska widoczność dodawała zdjęciom uroku przy porannym miękkim świetle, tak przy pełnym zachmurzeniu raczej przeszkadzała. Mówi się trudno. Zrobiłem kilka zdjęć, a potem schowałem aparat do plecaka, gdzie spędził resztę wycieczki.

Żeby nie było tak ponuro, to zdradzę wam, że powoli planuje ponowny wypad na Krawców. 😉 Chciałbym załapać się na lepsze warunki na szczycie, a i na szlaku widziałem kilka miejsc, gdzie należałoby wrócić z teleobiektywem, bo na wycieczkę zabrałem tylko szeroki kąt.

I to chyba wszystko, co miałem do powiedzenia dzisiaj. Zostawiam Was z kilkoma kadrami z tej wyprawy.

Miłego!:)

Pewnego ranka w Soblówce

Powitać!

Nie wiem, czy już wspominałem tutaj o tym, że uwielbiam poranki. Już nawet nie chodzi mi o fotografowanie podczas wschodu słońca, ale tak ogólnie. Cisza, spokój, wszyscy jeszcze śpią i można sobie z fajną energią podłubać przy różnych projektach. Ten wpis, na przykład, powstaje jakoś koło 5:30 w czwartek. Można się też oczywiście wybrać w teren celem poczynienia ciekawych zdjęć/filmów. Tak było i tym razem.

Dzisiejszy wpis to relacja z mojej wycieczki pod Beskid Bednarów. Celowo nie poszedłem na szczyt, bo miałem już wcześniej ustaloną miejscówkę. 🙂

Wszystko zaczęło się rzecz jasna od kawy. Jakoś przed 5 dziabnąłem sobie filiżankę aromatycznego napoju, wsiadłem do samochodu i ruszyłem nad Podgrapy. Ciekawie zaczęło się robić dopiero jak wysiadłem z auta i zacząłem wspinaczkę. Akurat trwało wtedy rykowisko. Powiedziałbym nawet, iż to była jego kulminacja. A sami wiecie, że spragnione jelenie to nie najlepsi towarzysze wędrówki. ;P
Na dodatek ludzie na wsi mówili, że misiu był ostatnio widziany gdzieś w pobliżu. Całkiem wesoło – pomyślałem. Miś na pewno by się ucieszył z tak sytego posiłku jak ja. Mimo wszystko ruszyłem przez młodnik. Jest jakoś przed 6. Ciemno jak… wiadomo gdzie. Idę, pod nosem śpiewam znane mi pieśni religijne („Anielski Orszak” i te sprawy) i czekam, czy zeżre mnie niedźwiedź, czy wykorzysta jakiś napalony jeleń. Jak widzicie jestem tutaj, więc niedźwiedzia w młodniku nie było…

Ale tak całkiem na poważnie , to nie była najprzyjemniejsza wycieczka w moim życiu. Głównie przez głupie i nachalne myśli. Wiem jak się zachować w lesie, żeby było bezpiecznie i wiem, co zrobić w razie spotkania ze zwierzakiem. Mimo wszystko nieprzyjemne myśli towarzyszyły mi, aż nie rozjaśniło się, gdy wyszedłem na otwarty teren. Mogę to tak coachingowo podsumować, że większość dyskomfortu w naszym życiu to zasadniczo sprawa tego, co w naszej głowie, a nie w rzeczywistości.

Gdy dotarłem na miejscówkę, to wiedziałem, że gra była warta świeczki. Piękny wchód mi się trafił. Z resztą sami sobie sprawdźcie. 🙂

Gorączka złota, czyli jesień w Beskidach

Powitać.
Dwa tygodnie temu narzekałem, że deszcze w spółce z wiatrem pozrywają mi wszystkie liście z drzew i ze złotej polskiej jesieni nic nie będzie. Oj, ależ byłem paskudnym pesymistą…

Ostatnie kilka dni przyniosło przepiękną pogodę. Na dodatek, w weekend też było pięknie, a jak sami wiecie, to się często nie zdarza. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji, tak więc trochę sobie pospacerowałem przez sobotę i niedzielę.

To, co obecnie dzieje się w Beskidach, doskonale opisała pewna osoba (Nie pamiętam personaliów, mea culpa) na jakimś forum fotograficznym.
Dwa słowa, uwaga cytuję: „Orgazm kolorów.” Mam nadzieję, że ów orgazm potrwa jak najdłużej. 🙂

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie zaliczył jakiejś wpadki… Na spacerze rzecz jasna.
Otóż miałem ochotę poczynić krótki filmik z drona, ale chochliki czuwały, żeby coś tego dnia poszło nie po mojej myśli i stało się. Po półgodzinnym marszu, uświadomiłem sobie, że zostawiłem telefon w samochodzie… A bez telefonu, wiadomo, dronem sobie nie polatam. Musiałem zakończyć ten dzień bez kręcenia, ale dzięki temu mogłem w 100% skupić się na zdjęciach i chyba było warto.:)

Z resztą oceńcie sami.

PS.

Prawdopodobnie w weekend pojawi się nowy filmik na moim YouTube, na którego serdecznie was zapraszam.

A teraz mała jesienna galeria.
Miłego!:)

Coło z lotu ptaka (albo drona)

Powitać!

Ostatnio pisałem o Cole i dzisiaj temat zamierzam kontynuować. 🙂

Wspominałem, że panorama rozciągająca się ze szczytu jest zniewalająca, ale nie wrzuciłem nic na potwierdzenia moich słów. W tym poście spróbuję to naprawić, bo tak się składa, że właśnie skończyłem montować krótki filmik z drona, na którym starałem się pokazać jak to tam z góry wygląda. 🙂

Zdjęć dzisiaj nie będzie, bo były ostatnio. Musi wystarczyć wam filmik. Przy okazji zaprasza na mój kanał na YT i oczywiście zachęcam do subskrybcji.

Jeszcze kilka słów ode mnie odnośnie tego, co właściwie można zobaczyć z Coła.
No więc tak. Widać stąd prawie wszystkie przysiółki Soblówki: Smereków, Śliwkówke, Szczytkówkę, Kiełbasówkę, Petkówkę, Soblówkę, Podgrapy. Nie widać Snokówki, bo przysłania ją Smereków Wielki. 🙂 Możemy zobaczyć też trochę sąsiednich przysiółków i miejscowości. Np. Butorówkę, Długi Groń, Zaplankę, Mały Smereków, Kubiesówkę, Ujsoły, a jak ktoś wytęży wzrok to i Milówkę zobaczy. 🙂 Plus wiele innych, których nazw nie znam.
Możemy podziwiać stąd również sąsiednie szczyty takie jak: Rycerzowa, Beskid Bednarów, Muńcół, Rysianka, Lipowska, Krawców Wierch i ogrom tych mniej znanych oraz nie znanych mi w ogóle.
Można wymieniać na prawdę długo (jeśli zna się nazwy wszystkich miejsc, które stąd widać).
Koniec końców nazwy to tylko nazwy i nie mają one wpływu na to, co widzimy. A krajobraz jaki można podziwiać z Coła robi piorunujące wrażenie. 🙂
Tym filozoficznym akcentem kończę już swoje wypociny i zapraszam na krótki klip.