Trzy razy „K”

Powitać!
Każdy kocha krajobrazy. Przynajmniej taką mam nadzieję. W sumie wszystko zależy od tego, jaki ów krajobraz jest. Kolorowy? Kosmiczny? Krzywy? Kiedyś ktoś komuś powiedział, że punkt widzenia zależy od punku siedzenia i może dzisiejszy post nie będzie o kuszącym kolorystyką krajobrazie, ale o kupowaniu kuloodpornej kaczki? Kto wie…

Odpowiedź jest prosta – nikt. Natomiast wszyscy powinni wiedzieć, że wracam do formy w pisaniu. bo znowuż pokusiłem się o przygłupawy wstęp. To są koszta kosmicznej kreatywności.

Już kończę te moje komiczne, krótkie i kiczowate aliteracje…

Już naprawdę kończę 🙂

Tytułowe trzy „K” odnoszą się do następujących wyrazów: krajobraz, kompozycja i kotlet. Nie żartuję z tym kotletem 🙂 Chciałem napisać parę słów o kompozycji w zdjęciach krajobrazowych, ale nie mogłem wymyślić fajnego tytułu posta. Jako, że trójka to taka dosyć ważna w naszej kulturze liczba to postanowiłem ją wykorzystać i tak powstał Chocapic… Miałem wymyślać jakieś bajeczki, że to ostatnie „K” oznacza kreatywność czy coś w tym rodzaju, ale pierwsza moja myśl, gdy wpadłem na pomysł na tytuł to był wyraz „kotlet”. Lubię kotlety, a swoją drogą ten wpis to też taki przysłowiowy „odgrzewany kotlet” bo o kompozycji w krajobrazie napisano już chyba wszystko… 🙂

Jeśli nie jesteście tutaj po razy pierwszy to wiecie, że nie lubię rozdrabniać się nad technikaliami itd bo na ten temat jest dość materiałów w sieci.
Lubię natomiast pisać o własnych doświadczeniach i przemyśleniach odnośnie danego tematu. W tym poście nie będzie wyjątków od tej reguły (może troszkę ;P)

Samo stwierdzenie kompozycja w krajobrazie brzmi bardzo profesjonalnie i jak coś trudnego. W rzeczywistości jednak jest zgoła inaczej, a sama kompozycja to nic okrutnie skomplikowanego. Z mojej perspektywy to jest coś w rodzaju „easy to learn, hard to master”, czyli w wolnym tłumaczeniu zasady są dosyć proste, ale dobre ich opanowanie wymaga czasu i pracy. Nie zmienia to jednak faktu, że podstawowa wiedza o tym, jak komponować jest przydatna, przystępna i drastycznie zwiększa szanse na zrobienie fajnego ujęcia.

Zasady, które wam dzisiaj przedstawię nie odnoszą się jedynie do fotografii krajobrazu, ale zaraz zobaczycie, że tam najprościej je wykorzystać. Ważne również, żeby nie traktować ich, jak niepodważalnych prawideł rządzących wszechświatem. Otóż fajnie i dobrze jest wyjść czasami poza schemat i złamać jakąś regułę, ale na początku dobrze byłoby znać te reguły i umieć je stosować. Co innego łamać zasadę świadomie i w konkretnym celu, a co innego złamać ją „bo tak”. 🙂

Jak już jesteśmy przy magicznej liczbie 3 to i reguły podam wam, uwaga, trzy. Będą to: zasada (o zgrozo) trójpodziału, wynikające z niej mocne punkty kadru oraz podział na plany. Gwarantuje, że poznanie tych zasad pomoże wam robić lepsze zdjęcia, a zaraz sami zobaczycie jak proste jest ich stosowanie.

Zasada trójpodziału

Na pierwszy ogień idzie potężna broń, która powinna być na wyposażeniu każdego miłośnika zdjęć krajobrazowych. Jak sama nazwa wskazuje reguła trójpodziału polega na podzieleniu kadru na… 9 części. Takie zaskoczenie ;P Kadr dzielimy na trzy jednakowe pionowe części oraz trzy jednakowe poziome części (patrz niżej). Ta sama zasada mówi, iż kadrując zdjęcie umieszczamy linię horyzontu (albo inna linie oddzielającą kolejne plany) na wysokości pierwszej, albo drugiej lini. Ważne, aby nie dzielić kadru na pół. Ogólnie rzecz biorąc przyjmuje się, że ważniejszy plan powinien zajmować większą część zdjęcia. Tak więc fotografując piękne formacje chmur linię horyzontu umieścimy w 1/3 kadru, ale jeśli głównym tematem naszego zdjęcia jest pięknie umajona łąka, wtedy horyzont umieścimy w 2/3 kadru. Ot cała filozofia jeśli chodzi o regułę trójpodziału. Oczywiście jest to moje, a więc proste podejście i celowo pominąłem pewne niuanse i wyjątki. Tak wiecie, żeby nie było wszystkiego na raz. 🙂

Ps. większość smartfonów i aparatów oferuje możliwość włączenia podglądu takiej siatki na ekranie, bądź w wizjerze. Widok takiej siatki nałożonej na zdjęcie bardzo ułatwia kadrowanie zgodne z regułą trójpodziału.

Mocne punkty kadru

Druga zasada wynika bezpośrednio z pierwszej. Jeśli podzielimy kadr zgodnie z regułą trójpodziału naszym oczom ukaże się siatka, jak widać w punkcie powyżej.

Jak widać linie przecinają się ze sobą w określonych miejscach. Nie zgadniecie, ale te miejsca to właśnie mocne punkt kadru.

Umieszczając główny temat na przecięciu linii tworzymy kompozycje przyjemniejszą dla oka, a co za tym idzie – po prostu robimy lepsze zdjęcie. Cała magia tej zasady polega na tym, iż mocne punkty kadru to miejsca, w które nasz wzrok wędruje pierwszy, gdy popatrzymy na zdjęcie. Istnieją jeszcze inne metody na „zarządzanie” wzrokiem naszego odbiorcy, ale o tym innym razem. Dajcie znać w komentarzach, czy zainteresowałby was wpis o takiej właśnie tematyce.
To cała filozofia jeśli chodzi o drugą, dzisiejszą zasadę. Podsumowując: główny temat ma być na przecięciu linii z zasady trójpodziału 🙂

Podział zdjęcia na plany

Ostatnia nie tyle reguła, co wskazówka również może bardzo pozytywnie wpłynąć na wasze prace. Tutaj cały myk polega na tym, aby podzielić nasz pejzaż na konkretne plany. Najczęściej plany będą trzy: bliższy, średni i dalszy. Można również powiedzieć: pierwszy, drugi i trzeci, ale ze względów stylistycznych wybrałem pierwszy wariant. 😛


I tak pierwszy plan będzie stanowić, na przykład, łąka zaraz przed nami, średni plan – zalesione góry, a niebo będzie planem dalszym. Można pokusić się o zastosowanie zasady trójpodziału i umieścić pierwszy plan w 1/3 kadru, drugi w 2/3, a ostatni prostokąt będzie trzecim planem. Nie jest to jednak zasada, bo planów może być więcej, albo mniej niż trzy 🙂 Jeśli planuje strzelić sobie jakiś pejzaż, gdzie będzie kilka planów to wyobrażam to sobie jakbym układał kolejne płaszczyzny jedną za drugą. Zasadniczo wieloplanowość jest czymś, co bardzo dobrze wpływa na zdjęcia pod kątem kompozycji i często pomaga ukazać ogrom danej sceny. Nie jest to zasada, czy tam wskazówka tak rygorystyczna jak dwie poprzednie, ale na pewno można ją uznać za równie potężną.

Tutaj się tych kolejnych planów troszkę nazbierało ;P

Jak sami widzicie nie ma tutaj żadnej czarnej magii, a podstawowe zagadnienia związane z kompozycją są proste i łatwe do stosowania. Tych zasad ( i naturalnie wyjątków od nich) jest oczywiście dużo więcej. Ja sam nie znam pewnie sporej ich części, a jeśli mam być szczery to rzadko kadruje zdjęcia inaczej niż podpowiada zasada trójpodziału. Jestem prostym koleżką i lubię proste rozwiązania, które można łatwo stosować. Sami wiecie, jak jest 🙂

Mówi się, że zasady są po to, aby je łamać i jeśli chodzi o, nie bójmy się tego określenia, sztukę to jest to jak najbardziej prawda. Wiele wybitnych dzieł uważa się za wspaniałe właśnie dlatego, że łamią konwenanse i ustalone normy. Warto jednak pamiętać, że zanim zdecydujemy się jakąś zasadę złamać to dobrze byłoby ją znać i umieć poprawnie stosować. 🙂

Z reguły na końcu wpisu umieszczam kilka swoich zdjęć. Poprzedni akapit był buntowniczy i mówił o łamaniu reguł, ale ja jestem prawomyślnym obywatelem i nie łamię zasad ;P
Łapcie kilka mniej lub bardziej poprawnie wykadrowanych zdjęć. 🙂
Miłego!

Bonus 😛

Poniżej dwa zdjęcia „niekrajobrazowe”, na których wykorzystałem mocne punkty kadru 🙂

Co w portrecie piszczy

Powitać!
Tak sobie pomyślałem, że w sumie dawno nic nie pisałem o tej dziedzinie fotografii, z której pewnie większość z was mnie kojarzy, a mowa oczywiście o fotografii portretowej.
Jakoś łatwiej pisze mi się o spacerach z aparatem, albo fotografowaniu roślinek na kuchennym parapecie. Jednak trzeba oddać cesarzowi, co cesarskie bo fotografowanie ludzi jest bardzo bliskie mojemu sercu.

Chyba się starzeje, albo coś w ten deseń bo kolejny raz darowałem sobie idiotyczny wstęp. Może chociaż zakończenie uda się jakieś głupkowate napisać. 🙂

Wracając jednak do tematu uważam, a bardziej czuję, że portretowanie jest tą dziedziną fotografii, w której poczyniłem największe postępy. Pewnie dlatego, że trochę ich już zrobiłem 🙂 Chociaż jeśli mam być szczery to ostatnimi czasy robię więcej zdjęć krajobrazowych niż portretów, być może jest to spowodowane tym, że jesteśmy poza sezonem na plenery, a może po prostu ja stałem się bardziej otwarty na inne formy sztuki. Z resztą jest to nieważne, ważne natomiast jest to, że rozwijam swoją pasję mając przy tym sporo frajdy.
Jest teraz takie modne słowo – progres. I tak jak wspominałem – myśle, że zrobiłem spory (fuj!) progres. Nie piszę tego, aby się chełpić bo nie ma czym. Dobrze wiecie, że nie uważam się za jakiegoś guru fotografii portretowej, a na swoje umiejętności patrzę raczej jak na coś, co wymaga jeszcze okrutnej ilości pracy, aby było to na jakimś przyzwoitym poziomie. Teraz znowuż brzmię chyba nieco protekcjonalnie. Ale nieważne, po prostu powiem o co mi chodzi 😉
A chodzi mi o miłe uczucie, kiedy na własne oczy możesz przekonać się, że twoja praca przynosi owoce, kiedy widzisz swój rozwój. Inni też go zauważają, bo coraz częściej zdarza mi się, iż ktoś mówi mi, że fajne zdjęcia robię. Ludzie chcą sesję itp. Po prostu fajnie jest widzieć owoce swojej pracy.

A jak ta praca wyglądała na przestrzeni czasu? Szczerze powiedziawszy to różnie. Raz mi się chciało raz nie, ale o tym już kiedyś pisałem więc nie ma sensu się powtarzać.
Nie wspominałem wam natomiast, co najbardziej wpłynęło na mnie i moje zdjęcia. Pominę rzeczy takie jak książki, poradniki, kursy i praktykę bo to oczywiste. Skupię się natomiast na rzeczach związanych ze sprzętem i jego używaniem, bo z autopsji wiem, że to robi ogromną różnicę.

No to po kolei:
1. Zakup odpowiedniego obiektywu. Moje podejście do portretowania zmienił Nikkor 50mm ze światłem 1.8. Raz, że dawał bardzo miły obrazek. Miałem wtedy tylko kitowe szkło więc to był dla mnie przeskok. Druga sprawa to przysłona pozwalająca fajnie odciąć modela/modelkę od tła. Rzecz bardzo prosta, a dająca świetne efekty czyli tak jak lubię 🙂 Tak więc pierwsza rzecz, która pomogła mi najbardziej to jasny obiektyw.
2. Okiełznanie trybu manualnego w aparacie. Kolejna rzecz robiąca ogromną różnicę. Tryby półautomatyczne są świetne, ale moim zdaniem nic nie umywa się do pełnej kontroli nad ekspozycją. Więcej kontroli to więcej możliwości, ale i więcej okazji do spartaczenia roboty. Zwłaszcza na początku, ale koniec końców gra jest warta świeczki. Zwłaszcza, że tryb manualny jest bardzo prosty w obsłudze 🙂
3. Blenda. Czyli najprostszy pod słońcem modyfikator światła. Ja na początku odbijałem światło od kawałka styropianu 😀 Dawał radę, ale blenda to blenda i ona daje radę lepiej. Oprócz prostoty obsługi ma ona jeszcze jedną ogromną zaletę – cenę. Komplet blend to wydatek rzędu 30-40 złotych. Efekty jakie można uzyskać? Bezcenne. No i w moim odczuciu najważniejsze, czyli możliwość zapanowania nad światłem, albo kreowanie własnego oświetlenia. Po prostu nowe, interesujące możliwości.

To są trzy rzeczy, które najbardziej, oprócz wiadomych aktywów w postaci czasu poświęconego na praktykę i uczenie się ;P, pomogły mi w robieniu lepszych portretów. Jeśli lubicie robić portrety, albo nosicie się z zamiarem ich robienia to warto wziąć pod uwagę powyższą listę.

Jak już jesteśmy w temacie modyfikatorów światła to nie mogę nie wspomnieć o kreowaniu własnego światła , czyli fotografii z lampą/lampami. Jeśli śledzicie mojego Instagrama, albo Facebooka to wiecie, że ostatnio sporo zdjęć ludzi wykonuję właśnie za pomocą światła sztucznego. Wciągnąłem się okrutnie w ten temat, a to o tyle ciekawe, iż kiedyś uważałem, że flesze w ogóle nie są dla mnie.
To też nie jest tak, że teraz światło zastane jest dla mnie „be”, czy tam inne „fuj” 🙂 Wciąż bardzo je lubię i chyba czuję się pewniej używając właśnie takiego rodzaju światła robiąc zdjęcia, ale uważam, iż w moim warsztacie jest miejsce i dla takiego, i dla takiego światła.

Przy okazji pochwalę się wam, że skleciłem sobie mobilne studio fotograficzne i zrobię sobie autoreklamę ;P Jeśli chcielibyście, cobym poczynił z wami sesję zdjęciową to mogę pozbierać mój kram i odwiedzić was w waszym domu. Jedyne czego potrzebujemy to odrobiny miejsca celem rozłożenia się ze sprzętem 🙂

Cóż jeszcze mogę powiedzieć o portrecie? Mam wrażenie, że powoli wykluwa się w moich zdjęciach coś, co można nawet nazwać stylem. Chociaż na ten moment jest to określenie nieco na wyrost to widzę, iż pewne efekty, zabiegi itp się powtarzają, a ja świadomie zaczynam wykonywać pewne ujęcia. Być może wiąże się to z tym, iż obecnie bardziej czuję się fotografem niż grafikiem. Kiedyś było odwrotnie, ale najprościej powiedzieć, że jestem fotografikiem z naciskiem na „foto” 🙂

Jeszcze jedna kwestia nasunęła mi się na myśl i niekoniecznie jest związana stricte z robieniem zdjęć (chociaż jest to nieodłączny element fotografii portretowej). Chodzi o relacje międzyludzkie. Robienie zdjęć, zwłaszcza obcym, pomogło mi stać się bardziej towarzyską osobą. Z natury jestem raczej introwertykiem i miewałem problemy w kontaktach z innymi osobami. Teraz już nie mam, a to wszystko dzięki fotografii. 🙂

Dzisiaj to chyba wszystko, co mam do napisania. Na koniec standardowo będą zdjęcia. Wybrałem kilka randomowych zdjeć, których chyba jeszcze nigdzie nie publikowałem. Sami oceńcie, czy jest progres (jak ja tego słowa nie cierpię ;P), albo jakiś inny postęp (wolę to określenie) i dajcie znać w komentarzu, co myślicie.

Tymczasem trzymajcie się zdrowo i fajnie 😀 Miłego!:)

Zakupowanie

Powitać!
Mam nadzieję, że nie bardzo się stęskniliście za mną, bo i w sumie za czym tu tęsknić. ;D
Ja natomiast tęsknię trochę za wyruszeniem w teren, zwłaszcza że mam nowy sprzęt do testowania. Co się odwlecze to nie uciecze, jak to mawiał klasyk, ale wolałbym, żeby pogoda już zrobiła się bardziej wiosenna, bo to jeden z czynników wpływających na moje chwilowe uziemienie. Z resztą sami widzicie, jak jest.
Druga sprawa, że wyskakują mi ostatnio różne mniej, lub bardziej dziwne sprawy do załatwiania i tak się przeciąga to robienie zdjęć w czasie. Z drugiej zaś strony mam pewność, że ta stagnacja to stan przejściowy. Tak wynika z moich doświadczeń i życiowych, i fotograficznych. 🙂

Trochę brakuje mi w tym wpisie porządnego, pozbawionego sensu, ale zasobnego w nieśmieszny dowcip wstępu. Z reguły w ten sposób zaczynam każdy post, ale mówi się, iż reguły są po to, aby je łamać, tak więc dzisiaj wyjątkowo bez suchego akapitu.

Brak suchego akapitu, a więc niech chociaż jakieś gałęzie będą suche 😀

Wspominałem, że mam nowy sprzęt to testowania. Powiem więcej. Mam dwie nowe zabawki, które nie mogą się już doczekać jakiejś akcji. Tym razem nie są to pierścienie makro za 120 złotych, ale prawdziwy konkret w postaci nowego obiektywu oraz nowego aparatu! 😀
Portfel mówi „Aua! Boli!”, ale ja wierzę, że to świetna inwestycja. Na rozwoju oszczędzać się nie powinno (wiem, że to mówi się raczej w kwestii samorozwoju i nauki, ale dzisiaj naginamy zasady gry więc i w tym wypadku troszkę zmienimy schemat ;P).

No to teraz konkrety. Obiektyw to Fujinon 16mm f/2.8, a więc szeroki kąt, który zamierzam niemiłosiernie ciorać w terenie przy fotografii krajobrazu. Poza tym lubię szerokie kąty i chyba lepiej czuję się, gdy mogę więcej rzeczy umieścić w kadrze.

Słupy, wszędzie słupy 0o Ten tutaj to akurat specjalny zabieg 🙂


Drugi zakup to nowy korpus. Tutaj również obędzie się bez zaskoczenia bo jest to body ze stajni Fujifilm, a dokładniej rzecz ujmując Fujifilm X-T3. Nie będę ukrywać – zawsze chciałem mieć to body 😀
Jak moje nowe nabytki będą się sprawować? Myślę, że świetnie, a w każdym razie na pewno podzielę się z wami moimi przemyśleniami na ten temat w przyszłości.
Fakt faktem, obiektyw troszkę już testowałem. Ba. Nawet w zeszłym wpisie były zdjęcia, które nim wykonałem 🙂 Na chwilę obecną muszę przyznać, że bardzo podoba mi się obrazek jaki to szkło produkuje. Zobaczymy, jak ułoży się nasza dalsza współpraca.

Jako, że po raz kolejny byłem na kupnie jakiegoś sprzętu, który jest niekoniecznie tani oraz nie jest niezbędny do życia to wpadłem na pomysł, że podzielę się z wami moimi przemyśleniami odnośnie zakupów. Mam na myśli głównie zakupy wszelkiego rodzaju sprzętów elektronicznych, ale może ktoś odnajdzie w tym coś bardziej uniwersalnego.
Jeszcze informacja dla ciekawskich: wcale nie piszę tego posta, bo kolejny raz nie mam o czym pisać…

Ot gradient i smuga kondensacyjna…

No więc kupujemy nowy sprzęt. Rzecz ta rzecz nie jest specjalnie tania, ani nie umrzemy jeśli jej nie posiądziemy. Jednak chcemy ją bo polepszy jakość naszego życia, będzie nam pomocna albo po prostu będziemy ją wykorzystywać na co dzień. W sumie to mało istotne, co chcemy kupić i do czego nam to będzie służyć, bo i tak wpadniemy pewnie w spirale kombinacji i zastanawiania się. Będziemy myśleć, czy jest to nam na pewno potrzebne, jaki model wybrać, która marka lepsza, co ma więcej dobrych opini itd.

Z jednej strony sprawdzanie informacji, opinii itp jest dobre i pomocne, ale nadmiar danych może przytłoczyć. Samo podjęcie decyzji, aby kupić dany sprzęt to wierzchołek góry lodowej. Ja chciałbym się skupić dzisiaj właśnie nie na wierzchołku, ale nad tym, co znajduje się pod taflą wody. A tutaj zasadniczo są dwie opcje: dokładnie wiemy, co chcemy, albo nie. Jeśli dotyczy nas pierwsza opcja to sprawa jest prosta albo decydujemy się na używkę, albo nówkę. Jeśli wybieramy nówkę to jeśli nie goni nas czas to czekamy na promocje. I voila sprawa załatwiona. Wiem, że mogłem o tym w ogóle nie pisać, bo to oczywiste, ale jakoś tak dobrze mi się dzisiaj klika w klawiaturę ;P

Opcja druga, czyli nie wiemy, czego chcemy. I zaczyna się szukanie, sprawdzanie i porównywanie. Zestawianie parametrów, szperanie po forach itd. Jak już się decydujemy to znajdujemy inną, wydawałoby się lepszą opcję. Jednak zdania na forach są podzielone i pierwszy wybór będzie lepszy. Chyba, że dołożysz 250 złotych do lepszej wersji drugiego modelu… Jednak w nowym przedziale cenowym pojawiają nowe marki. Kolejne modele, kolejne porównania itd. Kupowanie nowego sprzętu potrafi być frustrujące i zabierać ogromne ilości czasu. Ktoś mógłby rzec, że wystarczy odrobinę się zastanowić, czego na prawdę chcemy i sprawa kupna się rozwiąże. Jest w tym trochę racji, ale z autopsji wiem, że to nie takie proste 🙂
Jeśli nawet wiemy, co chcemy to i tak nie powstrzymamy się przed porównaniami itp, aż w końcu znowu będziemy niepewni, co do zakupu.

Ja radzę sobie z tą spiralą zakupowania w następujący sposób. Po pierwsze ustalam cenę zakupu. Potem robię listę, co ta rzecz musi mieć. Na przykład kupując nowy aparat zależało mi na nowszej niż w moim X-T20 matrycy i dwóch slotach na karty pamięci, a kupując obiektyw szukałem ofert tylko do ustalonej kwoty. W sumie chodzi o to, żeby nałożyć sobie coś w rodzaju filtra. To mocno ograniczy ilość opcji jaką będziemy mieć do wyboru. Tutaj sporo zależy od tego, co się kupuje, ale wiecie, o co kaman. Na tym etapie będzie już pewnie jakiś faworyt, ale może nie być stuprocentowej pewności, czy to słuszny wybór. Tej pewności pewnie nigdy nie będzie, bo nawet po zakupach pojawiają się czasem głosy, że tamto drugie było jednak lepsze. Ważne, albo i najważniejsze, żeby się nie zafiksować na tym, bo koniec końców to tylko narzędzie. Od narzędzia zaś ważniejsza jest osoba, która go używa. Jeśli dobrze użyliśmy filtra to opcje, które nam pozostały powinny spełniać nasze oczekiwania. Pozostaje kwestia wyboru. Jeśli na tym etapie dalej nie mogę się zdecydować to sprawdzam, czy mogę ten towar obejrzeć w jakimś sklepie w pobliżu i zwyczajnie jadę na miejsce celem, że się tak wyrażę, zmacania tego czegoś. Wybieram to, co bardziej mi się spodobało na żywo. Koniec końców nasze decyzje i tak są ściśle powiązane z naszymi emocjami więc czasami po prostu trzeba przestać kombinować. Natomiast jeśli nie mamy możliwości zmacania danego sprzętu no to cóż… Musimy podjąć decyzję w oparciu o nasze przeczucie, albo jakiś wewnętrzny głos. Wiem, że to dziwnie i śmiesznie brzmi, ale czasem warto zdać się na przeczucie. Jeśli coś nie spełni naszych oczekiwań, zawsze można to spieniężyć na rynku wtórnym. Jeśli chcemy nadal zachować pozory niewzruszenia i racjonalnego myślenia to możemy poczekać z zakupem, aż pojawi się promocja na któryś z produktów i po prostu zdecydować się na tańszy. Koniec końców filtr cenowy jest najbardziej skuteczny. Nie ważne czy kupujemy chiński zegarek za 120 ziko, czy obiektyw za kilka tysięcy to cena jest tym elementem, który zawsze weźmiemy pod uwagę.

No i to chyba tyle w temacie kupowania. Reasumując nie chodzi o to, żeby dokładnie wiedzieć, co kupić, ale żeby odpowiednio przefiltrować informacje i nasze potrzeby, a rozwiązanie nasunie się niejako samo z siebie. Druga sprawa to należy pamietać, że to tylko jakiś sprzęt i nie ma się nad czym fiksować. Tak czy siak trzeba będzie pewnie iść na jakiś kompromis itd. Ważne, żeby zakup nas satysfakcjonował i spełniał swoją rolę w naszych rękach.

No to się wygadałem, a w zasadzie wypisałem. Najciekawsze jest to, że za cholibke nie wiem, jakie zdjęcia wam dzisiaj podrzucić. Jest to o tyle istotne, że ten blog jest poświęcony głównie fotografii i grafice, i jakby na to nie patrzeć to wpis bez zdjęć to trochę słaba zagrywka.

Na dzisiaj to tyle w zasadzie. Mam nadzieje, że pogoda w końcu się ogarnie i będę mógł zdać wam jakiś raport z frontu, albo że przestaną mi różne sprawy gmatwać grafik i znajdę więcej czasu na robienie zdjęć. Tak czy inaczej jestem dobrej myśli i liczę, ze następny post będzie już ciekawszy i bardziej treściwy niż ten i Kreatywność.

Tymczasem żegnam się z wami kilkoma zdjęciami. Nawet się fajnie zrymowało 😀

Miłego!

Znowuż gradient. Chyba mam nowe zboczenie 😛
Mroooooook… xD
Już niedługo będzie łechtać brzuszek 😀

Kreatywność

Powitać!
Dzisiejszy post miał nazywać się: „ Popijając kombuche w kuchni, czyli nie mam pomysłu na wpis.” Jednak podczas wystukiwania kolejnych wyrazów w tytule, do głowy wpadł mi pomysł, aby napisać posta o kreatywności. Jako, że i tak nie miałem pojęcia, o czym by tu napisać to myślę, że dobrze się stało, iż taki przebłysk pojawił się pod moja kopułą.

Kreatywność to cecha okrutnie istotna w życiu nie tylko osób tworzących jakieś treści, sztukę itd. Jest to coś czym każdy z nas musi wykazać się praktycznie na codzień. Takie przynajmniej jest moje zdanie na temat tej cechy ludzkiego charakteru. Czyż nie jest przejawem kreatywności fikuśne układanie plastrów ogórka kiszonego na kanapkowym płótnie pokrytym serem gouda i polędwicą?..

Myśleliście, że odpuszczę głupkowaty wstęp? Nic z tych rzeczy 😀

Teraz już na poważnie (chyba). Dla mnie kreatywność to każdy przejaw twórczości, a w zasadzie nasza twórczość sama w sobie. Nie ważne czy robisz zdjęcia, malujesz, ozdabiasz swój posiłek, układasz majtki w szufladzie, czy rozwiązujesz jakiś problem w pracy . Jeśli jest w tym chociaż odrobina myśli twórczej to w moim odczuciu jest to przejaw kreatywności. W sumie to ciężko pisać o takich abstrakcyjnych rzeczach tym bardziej, że każdy z nas wie, co to jest kreatywność, a i każdy może ją interpretować po swojemu. Dlatego będę dzisiaj pisać bardzo subiektywnie. Nie żebym w innych postach był jakiś bardziej obiektywny 😛

Zima pełną parą 🙂 Zdjęcie wrzuciłem tutaj, coby literki takie samotne nie były ;P

Tak więc kreatywność. To na pewno bardzo ważna cecha dla artystów i ogólnie twórców treści wszelakich. Przez twórców treści mam na myśli osoby, które coś tworzą, ale niekoniecznie można nazwać ich artystami. Nota bene za taką osobę uważam, na przykład, siebie, ale o tym nieco później. 🙂
Wiem, że to takie trochę masło maślane, ale ciężko mi dokładnie ubrać w słowa to, co mam na w tej chwili na myśli. Mam jednak nadzieje, że domyślacie się, o co mi chodzi.

W sumie mogę spróbować wyjaśnić to na przykładach, a najlepiej, jak zrobię to na swoim. Jak doskonale wiecie tworzę różne treści: robię zdjęcia, pracuję z grafiką, czy piszę tutaj na blogu. Ci z was, którzy znają mnie bliżej mogą dodatkowo wiedzieć, iż lubię tworzyć smaczne posiłki (czyt. gotować) oraz wymyślać krótkie aczkolwiek treściwe rymowanki, których dla dobra społeczeństwa nie będę tutaj przytaczać. Tak więc jestem twórcą, ale czy nazwałbym siebie artystą? Zasadniczo to nie, bo dla mnie artysta to ktoś o nieprzeciętnym warsztacie połączonym ze sporą doza talentu. Mówiąc kolokwialnie to prawdziwy koks w tym, co robi, ale jest to moja subiektywna opinia, z którą nie musicie się zgadzać 🙂 Dla kogoś artystą może być tylko malarz tworzący w konkretnym nurcie sztuki, a dla kogoś innego każda osoba, która narysowała planszę do gry w kółko i krzyżyk. Oba podejścia są oczywiście dobre, ale jak już wspominałem – post jest mocno subiektywny 🙂

Tymianek jest spoko ;D

Co w ogóle strzeliło mi do głowy z tą kreatywnością? Do napisania tego posta zainspirował mnie taki pan, który nazywa się Jim Kwik. Uściślając chodzi mi o wykład, którego słuchałem pewnego dnia, gdy robiłem obiad po pracy. W którymś momencie pada zdanie, że pamięć to nie coś, co po prostu mamy, ale umiejętność. Podobnie z szybkością przyswajania wiedzy. To umiejętność, a nie z góry zdefiniowana rzecz. Wiecie do czego zmierzam?:)
W moim odczuciu z kreatywnością i ogólnie twórczością jest tak samo. Nie tylko z nią, bo ogólnie rzecz biorąc to bardzo bliskie mojemu sercu jest traktowanie różnych rzeczy, cech etc jako umiejętności, których można się nauczyć. Sami siebie często mocno ograniczamy przez myślenie, że coś jest nam dane z góry i koniec. Wiem, że brzmię jak jakiś coach, ale chciałem się z wami podzielić moimi przemyśleniami, a że temat pośrednio związany z fotografią, a dodatkowo i tak nie miałem o czym pisać… Sami wiecie jak jest 😛

Wracając do tematu. Pomimo tego całego patosu, którym ocieka poprzedni akapit to ręczę za skuteczność takiego podejścia. Znowu posłużę się swoim przykładem. Jak zaczynałem swoją przygodę z fotografią to nie umiałem wykorzystać tego, co mam w około, żeby coś tworzyć. Idąc na spacer z aparatem, albo robiąc zdjęcia jakiejś osobie miałem jakieś tam pomysły, ale było ich mało i były „takie se”. Skutkowało to tym, że robiłem mniej zdjeć, potem doszły wyrzuty sumienia, że mam taki drogi aparat (teraz już nie uważam, że był aż taki drogi, ale wiecie o co chodzi ;P) i go nie używam. Takie błędne koło się utworzyło. Jak już minął ten okres, że czułem się jak kupa i wziąłem się w garść to postanowiłem, że będę robić więcej zdjęć i trochę się zmuszałem, aby gdzieś pójść albo pytałem znajomych czy nie chcą zdjęć itp. Wiadomo, jeśli chcemy ćwiczyć jakaś umiejętność to należy ją powtarzać. Wielokrotnie. Im więcej robiłem zdjęć tym łatwiej przychodziło mi znajdywanie tematów i ciekawych miejsc, czy rzeczy. Zacząłem lubić swoje prace, wzrosła motywacja i koło znowu się nakręciło, ale tym razem w dobrą stronę. Gdy patrzę na foldery ze zdjęciami na moim komputerze to widzę o ile więcej zdjęć robię obecnie i nie ukrywam bardzo mnie to cieszy 🙂
Jak więc widzicie podejście w którym rozwijamy jakąś cechę tak samo jak inne umiejętności przynosi bardzo dobre rezultaty.

Mały człowiek w dużym lesie 🙂

Tak sobie myślę, że chyba napisałem wszystko ,co chciałem napisać. Nie wiem, czy oglądacie anime. Są to japońskie filmy/seriale animowane często będące ekranizacją mangi. Jeśli akcja anime zbliża się do wydarzeń z obecnie publikowanych mang to może dojść do sytuacji, że po prostu nie będzie o czym robić dalej animacji. Aby tego uniknąć tworzy się tak zwane fillery, czyli w wolnym tłumaczeniu zapychacze. Są to odcinki połączone z serialem, ale opowiadające historie nie przedstawiane w oryginalnie w mandze. Mam nadzieję, że nie pomyliłem niczego, bo osobiście nie jestem fanem mangi i anime, ale tak mi się właśnie fillery skojarzyły z tym postem, bo ten wpis to też taki zapychacz. 🙂

Pomimo tego, iż post jest nieco inny niż zwykle to skończy się bardzo podobnie bo wrzucę kilka zdjęć. Nic konkretnego, bo i wpis taki o wszystkim i o niczym. Z resztą, co ja wam będę dalej smęcić. Łapcie kilka fotek i miłego!:D

Wykorzystałem wszystkie niepublikowane dotąd zdjęcia z zimowymi krajobrazami więc przygotujcie się na kuchenne rewolucje 😀 Zdjęcia poniżej wykonałem w kuchni w pewne środowe popołudnie. Jak widzicie, ciekawe tematy do zdjęć znajdują się wszędzie.

Moje maleństwa 2

Powitać!
Cierpliwość to cnota. Tak przynajmniej słyszałem. W gruncie rzeczy to ciężko się z tym nie zgodzić bo chodzą słuchy, że jak się człowiek śpieszy to się diabeł cieszy. Jeśli cierpliwość jest przeciwieństwem pośpiechu to oznaczałby, że będąc cierpliwymi sprawiamy, że diabeł się smuci. Z drugiej jednak strony jeśli sprawiamy, że ktoś jest smutny to w sumie można stwierdzić, że jesteśmy źli, a co za tym idzie – diabłu wraca dobry humor. Jeśli zaś jemu wraca dobry humor to znaczy, iż się cieszy. A jak diabeł się cieszy to człowiek się spieszy… I tyle w temacie cierpliwości.

Na szczęście dzisiaj nie będzie o cierpliwości, bo ten post musiłby być tak sensowny jak wstęp. Tak więc nie będzie o tej ważnej cnocie.

Ostatnio pisałem, że nie mogę się doczekać aż wyjdzie słońce i będzie można zabrać moje maleństwa w teren, coby stworzyć nową wersję lubianego wpisu Kiedy trawka łechce brzuszek. No i nie musiałem wykazać się cierpliwością, aby moje nadzieje na zdjęcia makro w plenerze doszły do skutku bo pogoda w weekend okrutnie dopisała i uznałem, że należy to wykorzystać w jakiś kreatywny sposób.

Co prawda nie była to sesja w stylu trawki łechtającej brzuszek, ale i tak było przyjemnie. Poniekąd… Ale po kolei.

Pogoda była prima sort: cieplutka i słoneczna. Fakt, było mokro, bo ze względu na temperaturę nastała potężna odwilż, ale nie to stanęło na przeszkodzie przed pełzaniem na brzuszku. Prawdziwą przeszkodą był ból żeber, bo się troszeńkę poturbowałem w pracy i ogólnie rzecz biorąc moje zdolności ruchowe były w ostatnim czasie mocno ograniczone. Chęć zrobienia jakichś zdjęć wygrała jednak z dyskomfortem i ruszyłem w plener. No dobra poszedłem do ogródka 🙂

Piękna i słoneczna pogoda oprócz oczywistych zalet posiadała jeszcze jeden ważny dla mnie plus. Mianowicie było okrutnie dużo światła. To istotne, bo fotografując z pierścieniami pośrednimi traci się go okrutnie dużo. Już wyjaśniam o co chodzi. Każdy obiektyw w zależności od ustawionej przysłony przepuszcza określoną ilość światła (to samo światło pada potem na matrycę aparatu i jest zapisywane w formie obrazu/danych). I w takim gigantycznym skrócie to im więcej światła obiektyw może przepuścić tym krótszy czas otwarcia migawki, albo mniejsze ISO(lepsza jakość zdjęcia) i w drugą stronę: jeśli obiektyw przymykamy to albo musimy wydłużyć czas otwarcia migawki lub zwiększyć ISO. Zazwyczaj chcemy fotografować z jak najniższym ISO, a jeśli robimy zdjęcia bez statywu to zależy nam również na odpowiednio krótkim czasie naświetlania. Problem w zdjęciach makro polega na tym, że przysłona jest zwykle bardzo mocno przymknięta (chodzi o głębie ostrości, ale o tym innym razem ;)). Jeśli dodamy do tego fakt, że zależy nam na jak najniższym ISO, a zdjęcia będą robione z ręki to pewnie domyślacie się, iż sprawy się trochę komplikują i aby robić zdjęcia makro w plenerze trzeba ogromnej ilości światła. Oczywiście można też iść na kompromisy z ustawieniami aparatu, użyć statywu, albo użyć dodatkowych źródeł światła, ale nie wszystko na raz 😉 Tak więc ja, jak na pożądanego cebulaka przystało poszedłem robić zdjęcia z wykorzystaniem tylko naturalnego światła, a tego było od groma (na szczęście).

Jeśli chodzi o samo fotografowanie to było całkiem przyjemne. Po części przez pogodę, a po części przez to, że makro jest dla mnie cholernie interesujące. W dużym przybliżeniu nawet kawałek zardzewiałej blachy jest ciekawy, a przedmioty zwykłe albo takie, na które zwykle nie zwracamy uwagi, okazują się być prawdziwym skarbcem ciekawych ujęć. Czasami aż ciężko uwierzyć jak piękny potrafi być ten miniaturowy świat.

Robienie takich zdjęć jest rownież dla mnie mocno kształcące. Jako że dopiero raczkuję w makro to dużo uwagi poświęcam na zrozumienie, jak to wszystko w ogóle działa i jak posługiwać się moim sprzętem. Ale najbardziej kręci mnie poszukiwanie nowych tematów do zdjęć, a te czają się na każdym kroku! 🙂

Galaktyka o nazwie: „Rdza na masce auta”

Sesję ogrodową zaliczam do udanych. Pomimo kontuzji bardzo dobrze się bawiłem i wiem, że do ogródka jeszcze wrócę, gdy już będę mógł poczuć jak trawka łechce brzuszek 😀

Pomimo tego, że nie musiałem wykazać się cierpliwością, aby przetestować maleństwa w plenerze to jednak czuję pewien niedosyt. Głównie ze względu na moje zamiłowanie do natury, bo jak nie trudno się domyślić, gdy jest śnieg to zwykle nie ma zbyt wielu roślin, czy owadów. Jednak co się odwlecze to nie uciecze, jak to mawiał klasyk.

Powoli zbliżamy się do końca dzisiejszego wpisu, a to oznacza – jak to zwykle u mnie bywa – zdjęcia. Mam nadzieję, że przypadną wam do gustu małe rzeczy na dużym (albo nie tak dużym;P) ekranie. Ja osobiście jestem paskudnie zafascynowany tym małym światem i chciałbym podzielić się z wami kilkoma kadrami z tego interesującego weekendu. Dajcie znać, co myślicie!:)

Na dzisiaj to tyle, miłego!:)