Moje maleństwa

Powitać!
Tegoroczna zima rozpieszcza nas już po raz wtóry i chociaż kusi mnie, coby znowu pozachwycać się jej urokami to pomyślałem, że dzisiaj wam tego po prostu oszczędzę. Jest takie powiedzenie, że co za dużo to niezdrowo. Muszę przyznać, że chociaż często przytaczam tutaj różne przysłowia i inne aforyzmy to z reguły są one od czapy. W tym wypadku jest nieco inaczej gdyż uważam, że to bardzo mądre słowa i w pełni się z nimi zgadzam. No chyba, że chodzi o nowy sprzęt fotograficzny, wtedy to przysłowie w ogóle do mnie nie trafia.

Oczywiście żartuję (albo nie), ale dzisiaj akurat będzie trochę o sprzęcie i to w dodatku nowym.

Jest sporo rodzajów fotografii, które mnie interesują. Wiecie, że lubię robić portrety, szwędać się z aparatem po lasach i innych ciekawych miejscach, a od pewnego czasu polubiłem się również z fotografią okolicznościową. Czasami strzelę sobie jakiś abstrakcyjny obraz i tak dalej, i tak dalej. Jest jednak taki jeden rodzaj fotografii, który intrygował mnie już od samego początku mojej przygody z aparatem. Mianowicie chodzi o makrofotografię.

Z makro problem jest taki, że bez odpowiedniego sprzętu się po prostu nie da. Opcji oczywiście jest kilka bo można kupić obiektyw zaprojektowany do tego rodzaju fotografii, są również pierścienie pośrednie, soczewki skupiające, czy pierścienie odwrotnego mocowania obiektywu. Nie trudno domyślić się, że obiektyw to najlepsze rozwiązanie. Przy tym jednak najdroższe, co często bywa barierą trudną do przeskoczenia dla amatorów fotografii.

Nauczony doświadczeniem uznałem, iż nie ma sensu od razu inwestować w obiektyw bo może okazać się, że mi się makro nie spodoba, a wtedy mamy problem 😉 Finalnie zdecydowałem się na pierścienie pośrednie bo są tanie i proste w obsłudze. Jak na razie jestem bardzo zadowolony z tego, co owe pierścienie oferują i myślę, że zostaniemy razem na dłużej. Pomimo tego, że nie miałem zbyt wiele czasu na testy i robienie zdjęć to polecam z czystym sercem takie rozwiązanie wszystkim, którzy chcieliby spróbować swoich sił w makrofotografii.

A czym w ogóle jest makrofotografia? W sumie mogłem, a wręcz powinienem o tym napisać na samym początku, ale sami wiecie, jak u mnie bywa z robieniem rzeczy sensownych…

Wiecie również, że nie lubię tłumaczyć rzeczy, które ktoś inny już wytłumaczył gdzieś w internecie gdyż pewnie zrobił to jasno i klarownie(czyt. lepiej niż ja bym to zrobił ;p). Co więcej nie lubię się powtarzać, ani rozleniwiać ludzi więc jeśli chcecie dowiedzieć się technicznych detali, albo po prostu poczytać o tym rodzaju fotografii to wujek Google i ciocia Wikipedia na pewno znają odpowiedzi na wasze pytania 🙂

Chętnie natomiast podzielę się z wami moim zdaniem na ten temat. Dla mnie makrofotografia jest wtedy, gdy malutka mucha jest tak duża, że zajmuje cały ekran. Troszkę sobie żartuje oczywiście, ale z grubsza o to właśnie chodzi w takich zdjęciach, aby pokazać małe rzeczy w dużym przybliżeniu. Istnieją jakieś skale odwzorowania, ale jeśli mam być szczery to nie rozumiem na czym one polegają i na ten moment mi to nie przeszkadza. Jak bardziej wciągnę się w makro to pewnie nadrobię materiał, ale to w przyszłości 🙂

Makrofotografia na pewno jest to trochę trudniejsza niż myślałem. Być może po części jest to wina moich pierścieni pośrednich, ale nie mam porównania z obiektywami makro więc też ciężko mi jednoznacznie stwierdzić. Bardziej prawdopodobna wydaje sie opcja, że po prostu jeszcze nie ogarniam. Nie chcę, żeby to wyglądało jakbym się tłumaczył bo w sumie nie ma z czego, ale jak już pisałem – jestem laikem w tej dziedzinie fotografii. Wracając jeszcze do moich rozważań na temat sprzętu to sami rozumiecie, iż budżetowe rozwiązania często oznaczają kompromisy, bądź rezygnacje z jakichś funkcji et cetera. Z drugiej zaś strony często bywa tak, że nasze wyobrażenia przysłaniają nam realny obraz czegoś. Jeśli za bardzo się nakręcimy, a dana rzecz, albo sytuacja nie sporosta naszej wyobrażonej wizji to można nieźle się rozczarować (w najlepszym wypadku). Dosyć często mi się to zdarza. Zwłaszcza, gdy mam jakiś nowy sprzęt, albo gadżet. Wyobrażam sobie, jakie to coś jest wspaniałe i jak bardzo mi pomoże, a potem klops 😛 Szybko jednak wychodzę na prostą po takich rozczarowaniach i utwierdzam się w przekonaniu, że nie chodzi o samo narzędzie, a o jego użytkownika. No to pogadaliśmy sobie o moich problemach psychologicznych, a teraz wracamy do meritum czyli fotografii 🙂

Jeśli chodzi o zdjęcia, które wykonałem to na pierwszy rzut wziąłem kwiaty, które znalazłem w domu. Szczególnie przypadły mi do gustu storczyki. Sporo zabawy miałem przy kadrowaniu i ustawianiu ostrości bo w przypadku takich zdjęć sprawy mają się nieco inaczej niż przy „normalnym” fotografowaniu. To znaczy kadrowanie to kadrowanie więc tutaj działa to tak samo jak wszędzie, ale ustawianie ostrości to już zupełnie inna bajka. W dużym uproszczeniu chodzi o to, że w takich ujęciach jest strasznie mała głębia ostrości, nawet z mocno domkniętą przysłoną. Tak więc trzeba się nieco napocić, żeby zdjęcie wyszło zgodne z naszą wizją, ale jak już wcześniej pisałem, uzyskane efekty wynagradzają wszystko 🙂

Zdjęcia z dzisiejszego posta robiłem w domu, ale z użyciem naturalnego światła – przy oknie. Już nie mogę się doczekać aż wyruszę z tymi pierścieniami w teren, aby zebrać materiał na posta Kiedy trawka łechce brzuszek na sterydach 😀

Ogólnie rzecz biorąc to ten wpis, podobnie jak poprzedni, tworzony jest na świeżo po zrobieniu zdjęć. Za jakiś czas pewnie będę mieć nieco inne zdanie i nowe ciekawe doświadczenia ze zdjęciami makro, ale zdecydowanie jest to ten obszar, w którym będę się w najbliższym czasie starał rozwinąć. Możecie się więc spodziewać ciekawych zdjęć. To znaczy, sami oceńcie czy ciekawych. Ja, mówiąc kolokwialnie, jaram się nimi jak pochodnia ;P To dla mnie kolejne narzędzie, dzięki któremu mogę pokazać świat z nieco innej perspektywy.

Tak sobie myślę, że pomimo tego, że fotografia nie należy do tanich hobby to można robić fajne zdjęcia nawet jeśli stosujemy budżetowe rozwiązania. Koniec końców najważniejsze, żeby to co robimy nas cieszyło i dawało satysfakcję bez względu na to, co sądzą inni. Tak też jest ze mną i moimi nowymi maleństwami i czy wam się podoba, czy też nie to w najbliższym czasie będzie sporo zdjęć makro ;P

Standardowo na koniec kilka ujęć ode mnie 🙂 Tymczasem trzymajcie się zdrowo i miłego!:)

Ból

Powitać!
Tytuł dzisiejszego posta jest o dziwo prosty, treściwy i sensowny. Rzadko mi się zdarza pisać w ten sposób, a więc można przypuszczać, że dzisiaj mam dla was coś innego niż zwykle. Będzie to dobre przypuszczenie, bo dzisiaj będzie stosunkowo dużo tekstu i mało zdjęć. Ale po kolei.

Na początku dodam, że dzisiaj wyjątkowo piszę na gorąco po powrocie z zaplanowanej na dziś wyprawy. Nie do końca mam myśli poukładane w głowie, ale myślę, że to akurat sprawi, iż wpis ten będzie ciekawszy.
Dzisiaj miałem wolne w pracy, a więc była okazja, żeby coś popstrykać albo przygotować materiał na bloga. Koniec końców piszę tego posta, a więc można powiedzieć, że mój plan, coby czas wolny przeznaczyć na blogowanie, wypalił. 🙂

Tak więc udałem się rankiem na wycieczkę. Wycieczkę, która chodziła mi po głowie, żeby was nie okłamać, ponad rok. Mianowicie wybrałem się na Rycerzową – górę bezdyskusyjnie uznawaną za królową szczytów Soblówki (być może nie tylko).
Fajnie nie? No właśnie nie do końca.

W tym miejscu zaczyna się opowieść o pierwszym bólu. Bólu egzystencjalnym zwanym potocznie bólem dupy.

Ból dupy to najlepsze określenie jakim opisałbym to, co czułem dzisiaj rano. Wiem, wiem mało to poetyckie, ale za to bardzo trafne.
Dlaczego czułem wspomniany wyżej dyskomfort?
Otóż miała to być ciekawa wyprawa fotograficzna, po której pokażę wam zdjęcia, sprzedam kilka ciekawostek o odwiedzonym miejscu i opowiem, co o nim uważam. Matka natura uważała jednak inaczej i warunki jakie dzisiaj panowały, i w sumie nadal panują w momencie pisania tego posta, zmusiły mnie do kilkukrotnego zmieniania planów. Sami wiecie, jak to jest. Snujecie plany, macie jakieś ciekawe pomysły, nakręcacie się, a potem coś się stanie i klops…
Jakiś czas robię już różnego rodzaju zdjęcia i wiem, że takie sytuacje się zdarzają. Niemniej jednak rano byłem przybity do tego stopnia, że miałem po prostu olać temat i zostać w domu. Zacząłem się rozpakowywać i jakoś tak mnie tchnęło, żeby jednak spróbować. Wiedziałem, że zdjęcia dzisiaj raczej nie wyjdą, ale uznałem, iż nie mogę sobie pozwolić na siedzenie w domu, zwłaszcza że nie mam teraz zbyt wielu okazji na zbieranie materiałów na bloga. Tak więc wyruszyłem.

Zdecydowałem, że nie będę pisać z perspektywy lokalnego przewodnika, jak miało to miejsce np. w poście Oszust bo po prostu nie mam materiału na post tego rodzaju 🙂
Dzisiaj będę pisać z mojego osobistego, przeszytego bólem punktu widzenia, a post o Rycerzowej napiszę kiedy indziej. Jak uda mi się nazbierać materiał, aby zrobić to jak należy. W gruncie rzeczy to od początku piszę z tego punktu widzenia, ale nie ważne. Sami wiecie, że z sensem u mnie róznie bywa 😉

No więc wyruszyłem czarnym szlakiem spod kościoła w Soblówce. Coś starałem się popstrykać, ale większość czasu poświęciłem na kontemplację i różnego rodzaju rozmyślania. Zastanawiałem się, co mogę wykrzesać z tych warunków, które panowały. Już tak bardzo nie bolało mnie siedzenie i w końcu zacząłem myśleć trzeźwo. Żeby była jasność to miałem świadomość, że zdjęcia nie wyjdą takie jakbym chciał. Ba! Dobrze jeśli cokolwiek wyjdzie. Ale pomyślałem, że przynajmniej spróbuję. Spoiler alert. Jeśli liczycie na happy end to się rozczarujecie ;P

Żeby nie było nudno to wpadłem na pomysł, że zrobię sobie takie małe wyzwanie i będę używać tylko jednego obiektywu. Wybrałem 23mm. Później, co prawda, zrezygnowałem z tego wyzwania, ale nie żałuję. Jak to mawiał Bear Grylls:„Improvise. Adapt. Overcome.”

Tak więc szedłem. Przez chwilę widziałem interesujące chmury. Pojawiła się iskierka nadziei, że może uda mi się sfotografować jakieś ciekawe formacje. Niestety niebo szybko zrobiło się gładkie jak stół. Szedłem sobie dalej, byłem coraz wyżej, wiatr stawał się coraz mocniejszy, widziałem coraz mniej, było zimniej i zimniej.
Byłem już w miejscu, gdzie szlak wypłaszcza się, gdy przyszedł czas na drugi ból. Ból zęba.
Dzień wcześniej byłem u stomatologa. Nie polecam mrozów jeśli macie świeżo zaleczony ząb. Na szczęście stosunkowo szybko wszystko się w mojej jadaczce uspokoiło.
Pogoda, jaka panowała w wyższych partiach Rycerzowej nie zachwycała. Widoczność wynosiła jakieś 300 metrów. Nie ominęła mnie też spora zadymka bo wiało jak diabli. Gdy wyszedłem z lasu pod Małą Rycerzową uznałem, że nie ma sensu iść dalej do schroniska i na Wielką Rycerzową, bo i tak nic bym tam nie zobaczył.


Aura była naprawdę paskudna, ale wpadłem na pomysł, że podejdę do bacówki na Małej Rycerzowej. Chatka jest bardzo fotogeniczna i uzałem, że fajnie będzie pokazać ją w tym surowych warunkach. Tak na marginesie to mogę wam zdradzić sekret, że pomagałem przy jej wznoszeniu ;P


Poszedłem więc, zacząłem fotografować i wtedy nadszedł trzeci ból. Ból palców. Zimno było okrutnie, po kilku minutach myślałem, że paluchy mi odpadną. Trzeba było działać szybko i w pobliżu bacówki spędziłem jakieś 15 minut. Po tym czasie schowałem aparat i ruszyłem w drogę powrotną.

Oczywiście chowanie aparatu było błędem bo musiałem go wyciągać z plecaka ze 4 razy na odcinku 248 metrów.


W końcu jednak ruszyłem na dół żółtym szlakiem. Żeby nie było zbyt nudno to postanowiłem pokonać go w biegu i powiem wam, że było całkiem fajnie. Trasa z Małej Rycerzowej do parkingu przed kościołem zajęła mi trochę mniej niż pół godziny, co uznaję za wynik całkiem przyjemny 😉

I taka to była moja wyprawa życia. Z jednej strony chciałbym, żeby trochę inaczej to wyglądało, ale z drugiej jestem zadowolony z tego, jak wyszło. Wiadomo, jakiś niesmak jest, bo od dawna nosiłem się z zamiarem napisania posta o Rycerzowej, ale wiecie, że wolę szukać tych pozytywnych aspektów różnych zdarzeń itp. A tych tutaj nie brakuje. Musiałem zmierzyć się z moim lenistwem, ukorzyć się przed matką naturą, a i spacerek przedni sobie urządziłem. Ogólnie jest całkiem nieźle, a jak wiadomo, co się odwlecze to nie uciecze i właściwy post o Rycerzowej też kiedyś powstanie.

Jeszcze taka myśl na koniec mi przyszła do głowy. Zdecydowanie nie pozdrawiam ludzi, którzy ze szlaków robią sobie tory saneczkowe. Jeżdzenie na sankach, czy innych dupolotach sprawia, że szlak robi się śliski. I tak chwila przyjemności jednego człowieka może skutkować operacją nosa kogoś innego. Wiem, że po utwardzonym podłożu zjeżdza się lepiej, ale myślę też, że jest u nas tyle terenów na tego rodzaju zabawy, iż jeżdzenie po szlakach można sobie odpuścić. Peace! ;P

Na dzisiaj to chyba tyle. Klasycznie i standardowo na koniec kilka klatek ode mnie. Trzymajcie się zdrowo i pamiętajcie, coby mimo wszystko szukać pozytywnych stron życia. Miłego!:)

To chyba moje ulubione zdjęcie z tego dnia. Co ciekawe zrobiłem je nie dlatego, że urzekło mnie drewno nadrgryzione przez czas i korniki/inne robale, a dla tego, iż uznałem, że tekstura, którą widzicie przyda mi się przy obróbce portretów 😛

Szczęście-nieszczęście

Lokalne legendy głoszą, iż „u nas i tak się wysypie, co sie ma wysypać” i dla jasności dodam, że chodzi tutaj o śnieg. Pomimo tego, że pory roku i klimat się nam troszkę pokićkały to zima w Beskidach musi być. Lepsza, bądź gorsza, ale musi.

Na moim podwórku sprawy mają się następująco. Dla jednych zima jest czasem pełnym radości i szczęścia, ale dla drugich… Dla drugich zaś jest zgoła odwrotnie. Gdyby sprawa była za mało zawiła to dodam, że w zależności od tego jaka jest zima, nastroje mogą sie zmieniać o 180 stopni.
I tak na przykład jeśli śniegu jest dużo to uciechę mają głównie turyści i dzieciaki. Miejscowi, zwłaszcza pracujący na świeżym powietrzu, mogą mieć na ten temat nieco inne zdanie. Możecie uwierzyć mi na słowo, że brodzenie przez cały dzień w śniegu po ja… jakże ważne dla człowieka organy do przyjemności nie należy. Jeśli zaś śniegu jest mało to może i pracuje się dobrze, ale co to za zima bez śniegu?
Myślę, że w każdej sprawie można dojść do jakiegoś kompromisu, a że nic nie jednoczy tak, jak w spólna nienawiść to pokuszę się o stwierdzenie, że nikt nie lubi odwilży, błota pośniegowego i zimowej pluchy.
Natomiast jeśli nie jesteście na tym blogu po raz pierwszy to wiecie, że wolę skupiać się na pozytywnych aspektach życia i jestem przekonany, że jest coś, co łączy nas wszystkich w pozytwny sposób. Oczywiście nie trzeba się nad tym długo zastanwiać, gdyż chyba wszyscy uwielbiają pejzaże malowane przez zimę!
Co by nie mówić o tej porze roku to przyznać trzeba, że potrafi być oszałamiająco piękna.

W tym roku wielu z nas miało okazję przypomnieć sobie o tej uniwersalnie pozytywnej stronie zimy.

Nie inaczej było ze mną. Osobiście nie jestem ani fanem, ani przeciwnikiem tej pory roku. Odpowiadają mi temperatury, ale mam mieszane uczucia, co do śniegu. Dużo zależy oczywiście od tego, jaka jest zima w danym roku. Niemniej jednak dla osób mieszkających w górach, a zwłaszcza w wyżej położonych miejscach, jest to czas mocno uciążliwy, a czasem trudny i niebezpieczny.
Są jednak takie dni, kiedy matka natura wynagradza z nawiązką wszystkie niedogodności. Kilka takich dni przydażyło się w styczniu tego roku. Co więcej w kilka z nich, szczęśliwym trafem, mogłem sobie pospacerować z aparatem, bo nie byłem akurat w pracy. A było co fotografować!

Jeśli mam być szczery to wydaje mi się, że dawno nie było tak pięknej zimy u nas, a może to ja tego nie zauważałem? Mniejsza z tym. Liczy się to, że tym razem było naprawdę niesamowicie! Namiastkę tego, jak mocno pochłonęło mnie mroźne piekno zimy chciałem przekazać wam w poście Między brwiami a włosami, czyli witamy w 2021 roku więc ten wpis, który właśnie czytacie możecie traktować jako jego kontynuację. Kontynuację, której nie byłem pewien, bo że się tak wyrażę, taki mamy klimat. Jednak cieszę się, iż nastapiła, bo nie spodziewałem się, że zima jeszcze tak pozytywnie mnie zaszkoczy w tym roku.

Nauczony doświadczeniem staram się dobrze wykorzystywać czas jaki mam na robienie zdjęć oraz warunki jakie panują danego dnia. Jak już wspominałem, tego dnia wszystko pieknie ze sobą zagrało. Byłem po chorobie i po sporej ilości czasu spędzonym w domu miałem niezmierzoną chęć, żeby gdzies wyjść. Ruszyłem więc trasą, którą dobrze już znacie – na spacer po Smerekowie.

Czasami czuję, że zbyt często wrzucam na bloga materiały z tego miejsca. Tym razem jest zgoła inaczej, gdyż zima odmieniła moje otoczenie tak, że sam nie mogłem sie mu nadziwić 🙂

Na spacer zabrałem mój ulubiony w ostatnim czasie obiektyw tj. Fujinona XC 15-45mm f/3.5-5.6. Tak, moim ulubieńcem w ostatnim czasie jest kitowe szkło 🙂 Co ciekawe lubimy się tylko, gdy fotografuje krajobraz, bo w innych okolicznościach lepiej pracuje mi się ze stałkami. Gdyby ktoś się zastanawiał nad tym obiektywem to osobiście uważam, że jest to bardzo fajne i ostre, zwłaszcza na mniejszych ogniskowych, szkło. Dodatkowo jest malutkie, przez co świetnie nadaje się na wakacje albo spacery, kiedy nie chce się nam dźwigać sprzętu.

O sprzęcie dodam jeszcze tyle, że muszę zaopatrzyć się w filtry neutralnie szare bo coraz bardziej odczuwam ich brak. W sumie dzieje się tak, ponieważ w ostatnim czasie robię sporo zdjęc krajobrazowych, a w tym rodzaju fotografii wspomniane filtry bardzo się przydają. Jeśli dodamy do tego fakt, że lubię kupować nowy sprzęt to wiadomo już, że w najbliższym czasie czekają mnie pewne wydatki 😉

Wracając do meritum. Spacer przebiegł świetnie, co rusz znajdowałem coś ciekawego do sfotografowania. Dodatkowo, tego dnia widoczność była niesamowicie dobra, a to za sprawą rozległego wyżu. Minusem takiej sytuacji barycznej była niska temperatura, ale przy bezwietrznej pogodzie mróz nie jest szczególnie dokuczliwy. Przyznaję, iż trochę obawiałem się, że pora dnia nie jest optymalna do robienia zdjęć, ale jak się okazało było więcej niż dobrze! Spacer tego dnia zaliczam do naprawdę udanych! Co najlepsze w tym wszystkim to fakt, że mamy dopiero styczeń, a więc możliwe, że zima jeszcze nie pokazała wszystkich swoich wdzięków.

Zrobiłem tego dnia sporo zdjęć. Obrabiając je później na komputerze nie mogłem zdecydować, czy wywoływać je tak, aby jak najwierniej oddawały to, jak wtedy wyglądał Smereków, czy puścić wodze tej artystycznej stronie mojej duszy, która potrafi godzinami bawić się suwakami odpowiedzialnymi za kolory. Koniec końców uznałem, że najlepiej zrobię tak, żeby pozostać w zgodzie ze sobą samym i część zdjęć będzie wierna temu, co było na miejscu, a część będzie miała ten artystyczny element.

I na obróbce kończy się historia zimowego spaceru fotograficznego. Zostało już tylko to, co tygrysy lubią najbardziej, a więc zdjęcia. Miłego oglądania i do usłyszenia!:)

Między brwiami a włosami, czyli witamy w 2021 roku

Nowy rok, stary ja, chciałoby się rzec. Trochę czasu minęło od ostatniego wpisu, ale jak można wnioskować po tytule, dalej jestem w formie jeśli chodzi o wymyślanie rzeczy bezsensownych. Co ciekawe, pewnie przyszłoby wam poczekać jeszcze na ten wpis, ale jakoś tak mi się zachorowało i tak oto zasiadłem do pisania.

Pierwszy post w nowym roku to okazja, żeby zrobić jakieś podsumowanie. Zastanowić się, co udało się osiągnąć, a czego nie itd. No więc na pewno nie udało mi się osiągnąć tego, żeby posty pojawiały się na blogu w równych odstępach czasu ;D
Wolę skupiać się jednak na pozytywnych aspektach swojego życia, a muszę przyznać, że miniony rok pomimo całej swojej dziwności był dla mnie rokiem udanym pod różnymi względami. Po pierwsze i najważniejsze – ożeniłem się. To, rozumie się, taki punkt zwrotny w całym życiu. Poza tym zmieniłem miejsce zamieszkania, a może raczej wróciłem do swojej rodzinnej wsi oraz podjąłem się nowej pracy. To tyle z moich prywatnych spraw.

Jeśli chodzi o to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli fotografie to też uważam rok 2020 za udany. Powoli zaczyna się mi, że tak się wyrażę, kręcić interes. Dostaję nowe, ciekawe zlecenia, a i sam mam głowę pełną różnych pomysłów i projektów. Zmieniłem system z Nikona na Fujifilm. Gdyby ktoś chciał wiedzieć dlaczego to odpowiem, że tak po prostu. Jakoś tak spodobał mi się ten system i ani trochę nie żałuję przesiadki. Ogólnie rzecz biorąc to był udany rok 🙂

Podsumowania podsumowaniami, ale przejdźmy już do meritum. Na wstępie muszę wyjaśnić, co autor miał na myśli w kwestii tytułu…

Sprawa jest prosta. Dla mnie rzecz jasna, ale zaraz będzie również dla was. Otóż jeśli popatrzymy na ludzką twarz to dojdziemy do wniosku, że między brwiami, a włosami znajduje się czoło – to słowo klucz. Czoło, potocznie zwane Cołem to szczyt Wielkiego Smerekowa – jednego z przysiółków we wsi Soblówka. Czyli w gruncie rzeczy moje sąsiedztwo bo tak się składa, że sam mieszkam na Wielkim Smerekowie. Coś mi tak świta, że już pisałem o Cole, ale jak to mawia klasyk: było to dawno temu i nieprawda 😉

Żartuję. Pisałem o tym szczycie dosyć sporo i myślę, że nie ma tutaj sensu się powtarzać. Dlaczego więc znowu jest to temat mojego wpisu? No cóż. Jest zima, a ja nie byłem tam z moim nowym aparatem. Poza tym odwiedzania kilka razy tego samego miejsca nie oznacza robienia takich samych zdjęć, nieprawdaż?:)

Dzisiaj chciałbym zabrać was ze sobą na wyprawę okrężną drogą na Coło. Tak sobie pomyślałem, że zamiast pisać od rzeczy, jak to mam w zwyczaju, wrzucę tutaj po prostu zdjęcia z krótkimi opisami. Kolejno tak jak je wykonywałem, abyście mogli towarzyszyć mi w tej wycieczce. Mam nadzieję, że chociaż przez moment poczujecie się tak, jak ja tego dnia. Piękne te nasze Beskidy, a i pogoda dopisała – nektar dla duszy (czy jak to sie mówi :P).
No to ruszajmy!

Początek drogi, czyli ruszamy w las. Na zdjęciu możecie zauważyć kilka znajomych obiektów. Dajcie znać w komentarzu, co zauważyliście!:)

Jak już mówiłem, poszedłem okrężną drogą przez las i inne przeszkody naturalne, ale myślę, że warto było! Oto cel naszej wycieczki.

Powoli zbliżamy się do podnóża.

Zanim zagłębiłem się w leśne ostępy zrobiłem takie oto zdjęcie. Wielki Smereków widziany spod Coła.

Zdjęcie nieco przepalone, ale mimo wszystko lubię je. Powoli wspinamy się na szczyt.

Gdzieś w drodze. Jak widzicie, śniegu u nas dostatek 🙂

Coraz wyżej. Czasami wydaje mi się, że mam jakis chory fetysz polegający na fotografowaniu wszelkiej maści dróg, chodników i ścieżek…

Jest takie powiedzenie, że nie liczy się cel, a droga, która do niego wiedzie. Takie podejście było mi wyjatkowo bliskie tego dnia, gdyż najlepsze, moim zdaniem, zdjęcia zrobiłem w drodze, a nie na szczycie.

Widoki po drodze pochłonęły mnie na tyle, że zaczęło się ściemniać.

No i jesteśmy na samej górze! To najwyżej położony punkt, ale „oficjalny” szczyt jest nieco niżej. Mam na myśli fakt, że idąc na Czoło prosto z Wielkiego Smerekowa wychodzi się nieco dalej i niżej. Zwykle tam kończy się wycieczka bo nie wszyscy wiedzą, że można śmiało udac się nieco dalej 🙂

Jak nie trudno się domyślić, oto „oficjalny” szczyt 🙂 Ostatnim razem nie było tam ławek i stołu widocznych na pierwszym planie. Nie wiem, kto wpadł na ten pomysł, ale człowieku wiedz, żeś wielki!:D

W drodze powrotnej zatrzymałem się jeszcze, aby nacieszyć się widokami z drugiej strony góry. Jak widać panorama rozciągająca się na północny zachód jest bajeczna. Jeśli dobrze się przyjżycie to zobaczycie kościół w Ujsołach i przekażnik na Skrzycznym, i wiele innych miejsc, których nie jestem wam w stanie dokładnie wskazać 😉

To by było na tyle. Przemarznięty, ale i szcześliwy wróciłem do domu. Mój plan na tę wyprawę nieco się zmienił w trakcie marszu, ale były to chyba dobre zmiany. Wiem też, że kilka miejsc, które odkryłem na nowo, odwiedzę w niedalekiej przyszłości. Będzie co robić w każdym razie 🙂

Jeszcze taka myśl na koniec.
Przeglądając te zdjęcia uświadamiam sobie, jak dużo zmienia się wokół nas. Na Cole bywam dosyć często i za każdym razem jest tam nieco inaczej. Kilka lat temu nie było stamtąd widać większości z tego, co wam pokazałem. Było za to widać, co innego… Precedens ten ma dwie przyczyny. Pierwsza z nich to gospodarka leśna i o dziwo nie mam tutaj na myśli wyciania drzew, a raczej ich sadzenie. Sadzonki dosyć szybko zamieniają się w młodniki, a i te rosną dosyć rzwawo i nim się człowiek spostrzeże to już zasłaniają to, co było widać do tej pory. Druga z przyczyn jest naturalna. Chodzi o halny. Wiatry potrafią narobić u nas ogromnych szkód w drzewostanie. W sumie co roku jest u nas sporo wiatrołomów i jest to chyba główny powód tego, że lasy i krajobraz się nam tak szybko zmieniają. Tak więc, jak już mówiłem – otoczenie w Beskidach zmienia się bardzo szybko. Sam nie będąc specjalnie wiekową osobą pamiętam Coło jako górę całkowicie zalesioną i niemal łysą. Obecnie od strony lesnictwa Cicha, góra jest pokryta w większości mniejszymi i większymi młodnikami (patrząc na zbocze od strony Wielkiego Smerekowa). Co będzie za jakiś czas? Tego nie wie nikt, ale na pewno będzie co podziwiać 🙂

Myślę, że pora kończyć na dzisiaj bo, o zgrozo, zaczynam pisać z sensem 😉
Mam nadzieję, że podobał wam się ten wpis i miło spędziliście czas na kolejnej wycieczce na Coło.

Do rychłego (mam nadzieje) zobaczenia!

Bezwzględność

Powitać!
Mam wrażenie, że z każdym kolejnym wpisem, tytuły moich postów wznoszą się na nowe wyżyny kreatywności. No i jak na dłoni widać, że w moim życiu kieruję się skromnością. Tak na poważnie to jedyne, co jest prawdą w tym poście to fakt, że lubie ironizować 🙂

Ale do rzeczy. Tytuł dzisiejszego posta jest bardzo prosty do interpretacji. Mianowicie chodzi o bezwzględność w wykorzystaniu pierwszych zimowych akcentów w tym roku. W zasadzie to drugich, ale nie było jeszcze zimowego posta więc chyba można przymknąć oko na to malutkie szachrajstwo.

Jakie mamy zimy w ostatnich latach, doskonale wiecie. Raz jest, raz jej nie ma. Przez chwilę nęci oko bajkowymi pejzażami, żeby za moment przeistoczyć się w mokre, brudne i szare monstrum. Dlatego uznałem, że warto wykorzystać ten pierwszy śnieg i poczynić jakieś zdjęcia. Po pierwsze dlatego, że nie wiadomo, kiedy znowu zawita do nas biały puch, szadź i inne ciekawe zjawiska, a po drugie, ponieważ pierwszy śnieg oznacza świeże spojrzenie na temat zimy. No i pierwszy śnieg jest świeży, czyli bielutki i ładny. Po pewnym czasie robi się nijaki i szary, i ogólnie, uwaga, passé ;P

Moich planów na wykorzystanie (bezwzględne) pierwszego atatku zimy nie pokrzyżowało nic. Wiem – mało tutaj dramaturgii, ale z faktami sie nie dyskutuje. Z jednej strony nie mogę poopowiadać o jakichś dziwnych przygodach, jak na przykład spotkanie w krzakach w rezerwacie Oszust, ale z drugiej strony cieszę się, że tym razem udało się podziałać zgodnie z planem. Nie przeszkodziła mi ani praca, ani brak czasu, ani pogoda. Przyznam szczerze, że to miła odmiana, bo życie jak to życie, lubi czasem pogmatwać pewne sprawy. 🙂
Na przykład sytuacja z dzisiaj. Od kilku dni występowały u nas korzystne warunki do występowania zjawiska inwersji temperatury. Jest to dla mnie bardzo fascynujące zjawisko i chciałem je sfotografować. Miałem dzisiaj wolne od pracy, zaplanowałem więc wyprawę fotograficzną i wiecie co? Wstaje rano i nie ma już inwersji… xD Ale co się odwlecze to nie uciecze.

A więc bezwzględność. Tak, udało mi się wyskoczyć na zdjęcia dwa razy. Raz standardową trasą na spacer pod dom. Drugi raz na sesję portretową z laureatką konkursu, który swego czasu ogłosiłem na Facebooku. Obie sesje, w moim mniemaniu, bardzo owocne i w nowe doświadczenia, i w fajne zdjęcia.

Pierwsze słów kilka o spacerze. Standardowo wziąłem mojego Fujinona 23mm f/1.4 i standardowo udałem się drogą w stronę Młynarzowej, standardowo poszedł ze mną Tiko – psi towarzysz moich wypraw.

Ogólnie rzecz biorąc to chciałem zrobić wpis, jak Kiedy trawka łechce brzuszek, ale w wersji zimowej. Jednakże tego dnia jakoś nie czułem klimatu niskiej perspektywy i dlatego na zimową edycję jednego z moich ulubionych wpisów będziecie musieli poczekać do kolejngo ataku zimy.

Wracając do mojego psiego koleżki to oczywiście zrobiłem mu kilka zdjęć. Muszę to chyba robić częściej bo Tiko zgarnia więcej lajków na Instagramie niż robione przeze mnie portrety. 🙂 Ale wróciłem do tematu psiaka, bo chciałem wam coś pokazać. Mianowicie dawno nie opowiadałem, dlaczego wolę fotografować w formacie RAW. W sumie dzisiaj też nie będę opowiadać, ale pokażę wam dwie wersje tego samego zdjęcia. Jedna to surówka prosto z puszki (chyba jestem troche głodny), a druga już po obróbce graficznej. Tak się to przedstawia:

Tiko słodki psiak
Tiko zdobywca

Odwiedziłem też kilka miejsc, które dobrze już znacie. Moje ulubione drzewo i okolice szopki, której dzisiaj nie ma na zdjęciu. Obok znanej i lubianej szopki jest dróżka, która nie daje mi spać po nocach. Robię już kolejne podejście do sfotografowania jej, ale dalej czegoś mi brakuje. Chociaż uczciwie przyznam, że chyba idzie to powoli w dobrą stronę:)

No i oczywiście musiałem pobawić się małą głębią ostrości. Niby proste i błahe, ale cieszy mnie to niezmiennie. Zwłaszcza z moim szkłem 23mm.

W kwestii spaceru to byłoby chyba wszystko. Mam teraz troche wolnego więc niedługo pewnie wybiorę się na kolejny. Zwłaszcza, że światło w ostatnim czasie jest okrutnie piekne!

Jeszcze kilka słów o sesji konkursowej i kończę moją dzisiejszą tyradę.

Na sesję umawialiśmy się z Dominiką ładne kilka tygodni. Non stop coś komuś wypadało i sesja przesuwała się w czasie. Koniec końców udało nam się coś podziałać, a co najważniejsze oboje jesteśmy zadowoleni z efektów.

Ogólnie rzecz biorąc lubię mieć zachmurzenie na sesjach w plenerze. Co prawda nie zawsze, bo jak powszechnie wiadomo, od każdej reguły jest wyjatek. Tym razem zachmurzenie pomogło stworzyć klimat i dało bardzo fajne miękkie światło.

Kiedyś pisałem tutaj na blogu, że zima i późna jesień to nie najlepsze pory na sesje w plenerze, ale są takie dni, że aż prosi się, żeby gdzieś wyruszyć. Niedziela, w którą się umówiliśmy była właśnie takim dniem. Świeży śnieg, dobre światło, lekki opad białego puchu. Warunki: miazga!

Ciekawstką może być dla was fakt, że nie używałem tutaj prawie wcale mojego ulubionego Fujinona 23mm 🙂 Chodzi głównie o zjawisko dystorsji, które występuje na zdjęciach robionych tym obiektywem. Nie rozwodząc się nad szczegółami technicznymi chodzi o zniekształcenia obrazu, które mogą spowodować niekorzystny wygląd na zdjęciach.
Podczas tej sesji używałem głównie Vilroxa 56nn f/1.4, o którym też kiedyś wspominałem na łamach tego bloga. Lubię ten obiektyw.

Cóż więcej mogę powiedzieć? Trochę zmarzliśmy, trochę się pośmialiśmy. Ogólnie rzecz biorąc to był dobrze spędzony czas. A ja już kończę tę autoreklamę 🙂

Nie tylko reklamę, ale i całego posta. Trochę się dzisiaj rozpisałem i najwyższy czas dać odpocząć klawiaturze. Jak zwykle na koniec podrzucam kilka kadrów.

Miłego!:)