Beskidzkie fiordy

Powitać! Zwykle zaczynam od luźnego i nierzadko bezsensownego gadania o wszystkim i o niczym (z naciskiem na to drugie). Dzisiaj jednak uznałem, że taki wstęp jest niepotrzebny ponieważ tytuł wyczerpuje prawie całe moje zasoby suchego humoru. Prawie – słowo klucz.

Zanim opowiem wam skąd wziął się pomysł na tytuł to napiszę parę słów odnośnie tego, o czym w ogóle będzie ten post. Otóż wyjątkowo nie będzie o moich spacerach, wycieczkach itp., ale o fotografii ludzi. Dokładniej rzecz ujmując o forografii ślubnej. Chociaż może nieco przesadzam bo nie robiłem zdjęć na ślubie, ale ślubną sesję plenerową. Zwał, jak zwał. Temat dosyć nowy dla mnie bo zdarzało mi się robić zdjęcia i parom, i na ślubach(ok, na ślubie, a właściwie to fotografowałem przygotowania do ślubu ;P), ale takiego typowo ślubnego pleneru jeszcze nie robiłem. Oczywiście nie wykluczam, że w przyszłości jakichś ślubniaków nie będę tworzyć, ale na razie jest to dla mnie temat mocno dziewiczy 🙂 Ale wszystko po kolei.

Niedawno mój dobry przyjaciel Tomek brał ślub. Zapytałem go, czy nie chcieliby z żoną strzelić sobie dodatkowej sesji plenerowej. A ponieważ piszę tego posta to domyślacie się pewnie, że młodzi chcieli taki dodatkowy plener. Bardzo mnie to ucieszyło ponieważ mogłem im zrobić fajny (taką mam nadzieję xD) prezent, ale również sprawdzić, jak poradzę sobie z czymś nowym. Czy mi się udało oceńcie sami 🙂

Tytuł tego posta podsunął mi Tomek, a było to tak….

Na sesję umawialiśmy się dosyć długo. Wiadomo, wszyscy chodzą do pracy, mają swoje sprawy albo pogoda nie pasuje itd. W końcu udało się dograć termin pod koniec listopada. Moim zdaniem końcówka jesieni to nie jest najlepszy czas na sesje plenerowe, ale jak sie nie ma, co się lubi to się robi zdjęcia wtedy, kiedy się może 🙂

Umówiliśmy się na poniedziałek rano. Cel podróży: Ochodzita w Koniakowie. Pomimo pory roku byłem bardzo dobrej myśli bo przez cały tydzień pogoda była wyśmienita. Jednak pani fortuna bywa przewrotna i w ten akurat poniedziałek przyszedł niż, który odmienił pogodę o 180 stopni. Zrobiło sie pochmurno, zimno i wietrznie. Na szczęście nie padało, więc pomimo przeciwności losu udaliśmy się na naszą Górę Przeznaczenia.

Podróż nie trwała zbyt długo bo jakieś 20 minut samochodem, a potem około 5 minut na szczyt Ochodzitej. Byłem niepocieszony faktem, że pogoda się nam popsuła na sesję, ale miałem też przeczucie, że chmury i surowość aury pozwolą nam stworzyć coś świeżego i ciekawego. O ile państwo młodzi nie zamarzną bo zimno było okrutnie, a wiatr potęgował jeszcze uczucie chłodu. My jednak nieustraszeni jak hobbici z Shire szliśmy dziarsko na szczyt.

Uważny czytelnik mógłby zapytać, o co chodzi mi dzisiaj z tym Tolkienem, hobbitami i całym Śródziemiem. Po pierwsze uwielbiam twórczość tego pana, a po drugie to wina Tomka :P. Mianowicie, gdy weszlismy już na Ochodzitą to podziwialiśmy widoki, szukając przy okazji miejsca, coby zacząć robić zdjęcia. Pogoda jaka była to już wiecie. W około chmury i mgła, szarzyżna i surowość, ale i wyjątkowy klimat. Tylko w oddali, hen daleko pomiędzy dwoma wniesieniami, których nazw nie znam, pojawiło się na moment słońce. Wtedy Tomek zawołał na mnie, że chce zdjęcie właśnie z tym światłem w tle bo wygląda to jak Mordor. Coś było na rzeczy bo rzeczywiście w tamtym momencie wyglądało to jak stopklatka z Władcy Pierścieni.

Skoro wiadomo już o co chodzi z Górą Przeznaczenia to możemy wytłumaczyć sobie skąd w ogóle wzięły się w tytule fiordy. Jak już wspominałem, pomysł podsunął mi Tomek. Robiliśmy już wtedy zdjęcia, coś tam gadaliśmy, a że pan młody ma poczucie humoru skrzywione podobnie jak moje to dobrze się nam gawędzi. W pewnym momencie uznał, że cała ta mgła, chmury i szaruga to robią klimat jakbyśmy robili sesję na Islandii, albo w norweskim fiordzie. Potem żartowaliśmy, że kto bogatemu zabroni zrobić sobie sesję w dalekich krajach. Żarty żartami, ale w tamtym czasie i miejscu rzeczywiście można było poczuć się, jak w krainie wikingów 😀

Sama sesja przebiegła bardzo sprawnie. Głównie przez to, że okrutnie wiało i było strasznie zimno. Ja nie narzekałem bo miałem polar i kurtkę, ale para młoda była w nieco mniej komfortowym położeniu. Tak więc popstrykaliśmy sobie nieco i ruszliśmy w dół. Zatrzymaliśmy się jeszcze kilka razy po drodze, aby zrobić więcej zdjęć, ale pogoda była nieprzejednana tego dnia. W końcu odpuściliśmy i udaliśmy się do samochodu.

Czułem lekki niedosyt i zaproponowałem, że zatrzymiemy sie jeszcze gdzieś po drodze. Może niżej nie będzie takiego wiatru i uda nam się coś jeszcze podziałać. Powiem wam, że dobre miałem przeczucie, bo udało nam sie znaleźć przepiękne miejsce. Nie obyło się oczywiście bez żarcików tematycznych bo owo miejsce nazwaliśmy Hobbitonem…

Wiatr trochę się uspokoił, a i temperatura nieco się podniosła. W Hobbitonie działaliśmy mniej źwawo niż na Ochodzitej, ale równie owocnie. Ogólnie rzecz biorąc na pewno wrócę do tego miejsca. Gdy zobaczyłem go podczas sesji z Tomkiem i Sabiną to wiedziałem, że mógłbym tam fotografować przez cały dzień. Niestety nie mogłem sobie wtedy na to pozwolić bo miałem wielką ochotę na kawę. Nie uszło to uwadze mojego szczwanego przyjaciela, który zaprosił mnie na filiżaneczkę tego zacnego napoju.

I tak popijając kawkę skończyliśmy naszą sesję. Było ciężko, ale i ciekawie. Dla mnie było to mocno pouczające wydarzenie bo dawno nie miałem takich warunków podczas robienia zdjęć. Z jednej strony było, mówiąc najprościej, brzydko jak diabli. Raczej nie widuje się ślubniaków w takich warunkach.:) Z drugiej zaś strony sytuacja wymusiła na nas nieszablonowe działanie i szukanie nowych rozwiązań, odkopała nowe pokłady kreatywności. Osobiście uważam tą sesje za bardzo udaną, a i młodzi byli zadowoleni 🙂 Efekty naszej pracy oceńcie sami.

Jakoś tak wyszło, że praktycznie wszystkie zdjęcia finalnie przekonwertowałem do czerni i bieli. Jakoś tak kolor nie pasował mi do klimatu tej sesji. Druga sprawa jest taka, że uwielbiam czarno-białe zdjęcia 🙂

Juz bez przedłużania, tradycyjnie kilka ujęć poniżej. Miłego i do usłyszenia!:D

Odkopane Zakopane

Dzisiejszy post, oczywiście nieco spóźniony, jest niczym przysłowiowy „odgrzewany kotlet”. Czemu? Otóż w moim mniemaniu Zakopane jest miejscem tak znanym i „obfotografowanym”, że ciężko do tego dołożyć coś od siebie. To znaczy nie ciężko, chyba, że ma to być świeże i jakieś sensowne. Wtedy jest ciężko ;D

Ogólnie rzecz biorąc to miałem nie robić wpisu o mojej wycieczce do Zakopanego, ale jak to u mnie bywa rzeczywistość zweryfikowała moje blogowe plany i tak powstał ten oto wpis.

Wpadłem na pomysł, żeby ten post różnił się nieco formą od pozostałych. Mianowicie, najpierw będzie parę słów (jak zwykle bardzo sensownych) ode mnie, a później podrzucę kilka kadrów, które poczyniłem podczas rzeczonej wycieczki. Pod każdym zdjęciem zamieszczę parę słów komentarza, bo każde zdjęcie to jakaś mniej lub bardziej ciekawa historia. 🙂

O Zakopanym napisane zostało już chyba wszystko. Pewnie nie, ale wiecie jakie jest moje podejście do przekazywania informacji odnośnie miejsc, o których piszę na blogu. Chcecie suche fakty to internet jest nimi wręcz przepełniony. 🙂
Ja wolę napisać coś od siebie oraz podzielić się moimi przemyśleniami i odczuciami.

No cóż. Jeśli mam być szczery to nie jestem fanem Zakopanego. Bardzo lubię Tatry i ogólnie rzecz biorąc otoczenie tego miasta, natomiast samo Zakopane to chyba nie moja para kaloszy. Są takie rzeczy, których po prostu nie lubimy i to jest chyba jedyne wytłumaczenie mojego podejścia.
Uczciwie muszę jednak przyznać, że każdy mój wyjazd do Zakopca wspominam bardzo dobrze. Tak więc z jednej strony lubię tam jeździć, zaś z drugiej nie kryję się z moimi być może nieuzasadnionymi uprzedzeniami.

Ktoś mógłby przytomnie spytać: po kiego czorta jechać do miejsca, którego się nie lubi? Mógłbym odpowiedzieć, że są tam ładne widoki, ale jeśli mam być szczery to ten wyjazd był inicjatywą mojej świeżo upieczonej żony. Wpadła na pomysł, że skoro podróż poślubna może byc mocno utrudnioniona z wiadomych względów to lepiej w tym roku odpuścić dalekie podróże i wybrać sie na parę dni gdzieś niedaleko. No i pojechaliśmy. Dodam, że zdążyliśmy zanim zaczęto wszystko zamykać. Fortuna się do nas uśmiechnęła, jak zwykle zresztą ;P

Wyjazd z założenia nastawiony był na leniwe spędzanie czasu. Tak więc nie spacerowalismy po górach. Druga sprawa, że ładną pogode mieliśmy tylko jeden dzień. Tegoż dnia wybraliśmy się na Gubałówkę i pospacerowaliśmy nieco w okolicach Kościeliska. Oczywiście podczas tej eskapady, aparat cały czas dyndał radośnie na mojej szyi. Zdjęcia, które dzisiaj zobaczycie robiłem Fujinonem 23mm F/1.4, czyli obiektywem, który chwalę w każdym wpisie 🙂

Cóż mogę więcej rzec w temacie mini podróży poślubnej? Dużo pieniążków wydaliśmy na jedzenie i przekąski ;D Zrobiłem nieco zdjęć, z których jestem nawet zadowolony. Ogólnie wyjazd na plus, ale jakaś cząstka mnie mocno żałuje, że jednak nie wybraliśmy się nigdzie w góry. Może następnym razem uda się poszwędać po jakichś szczytach.

Jako, że blog jest bardziej o zdjęciach niż pisaniu to bez zbędnego przedłużania podrzucam już obiecane zdjęcia okraszone krótkim komentarzem i historią, która się za nimi kryje, coby wprowadzić nieco świeżości na blogu. Enjoy!:)

Pierwsze zdjęcie możecie znać z mojego FB, albo Insta. Zrobione zostało w Kościelisku, przed domem, w którym nocowaliśmy. Po przyjeździe na miejsce wybraliśmy się na spacer i Ola stwierdziła, że chce zdjęcie z Giewontem w tle. I tak powstało powyższe ujęcie. Słońce było dosyć wysoko i mocno świeciło, a to z kolei tworzy mocne, wyraźne cienie na twarzy dlatego zdecydowałem, aby Ola ustawiła się tyłem do kamery, żeby wyglądała jakby podziwiała widoki 😀

W Zakopanym bywa chłodno i czasami trzeba się ogrzać. Wiadomo. Ja natomiast mając podpięty mój ukochany obiektyw 23mm nie mogę powstrzymać się przed zdjęciami tego typu. Mała głębia ostrości i ciekawy obiekt ustawiony blisko obiektywu. Lubię to!:)

Gubałówka. Bardzo spodobał mi się ten płot oraz budynek wewnątrz ogrodzenia. Postanowiłem popstrykać nieco w tym miejscu. Powyżej efekty mojego pstrykania. Wydaje mi sie, że ów płot stonawi ciekawy pierwszy plan i prowadzi oko widza po zdjęciu (zwłaszcza w drugim zdjęciu). Przynajmniej takie było moje zamierzenie. 🙂

Dalej jesteśmy na Gubałówce. Tym razem zdjęcie kościoła znajdującego się własnie w tym miejscu. Budynek jest bardzo ciekawy pomimo swojej prostoty. Dodatkowo urzekła mnie symetria tego kościoła oraz tego, co znajduje się przed nim. Gdy go zobaczyłem od razu wiedziałem, jak będzie kadrowane zdjęcie. Miało być prosto i symetrycznie. Niestety wydaje mi się, że z tą symetrią nie do końca mi wyszło. Mam wrażenie, że jest burzona przez drzewa po prawej. Mimo wszystko lubię to zdjęcie!:)

Wiadomo, jak Zakopane to Tatry. Nie mogłem nie przywieźć stamtąd kilku ujęć tych majestatycznych gór. Kolejne proste zdjęcie. Teraz wydaje mi się, że mogłem je nieco inaczej skadrować, ale koniec końców zostało takie, jak widać powyżej. Jak widzicie sporo dzisiaj zdjęć czarno-białych, ale zawsze powtarzam, że bardzo lubię takie właśnie obrazy. Tutaj chciałem, aby dzięki konwersji do czerni i bieli uwaga widza została skierowana na fakturę gór, gre świateł i cieni.

Teraz dla odmiany kolorowo i cukierkowo. Taka oto panorama Tatr. Oj zaświeciło mi wtedy przecudnie! Zdjęcie robiłem schodząc z Gubałówki i uznałem, że zostowanie bardzo szerokiej perspaktywy pozwoli mi ukazać majestat gór i to jak piorunujące i potężne wrażenie potrafią zrobić na małym i słabym człowieku.

To już ostatnie ujęcie. Dodatkowo – moje ulubione. Dlaczego? Jest ku temu kilka powodów. Po pierwsze, fascynuje mnie motyw drogi. Chyba mogę to tak nazwać, a jesli przesadzam z wyniosłością to powiedzmy, że lubie mieć drogę,ścieżkę itp. w kadrze. Po drugie, rzadko zdarza mi się robić zdjęcia z takiej perspektywy, a wydaje mi się ona bardzo ciekawa. Po trzecie, ta fotografia bardzo dobrze mi się kojarzy. Już tłumaczę dlaczego. Otóż jako dziecko bardzo lubiłem filmy przyrodnicze, a zwłaszcza takie, które kręcone były w Afryce. Sawanna, antylopy gnu i te sprawy. W każdym z takich filmów jest ujęcie z helikoptera na biegnące zwierzęta. Teraz popatrzcie na zdjęcie powyżej 😉 Zamiast helikoptera jest wyciąg krzesełkowy, Sawannę zastępuje Gubałówka, a zwierzakiem jest człowiek. Mam nadzieje, że nie jest to dziwne 😛

No i to by było na tyle w tym poście. Dajcie znać, czy podoba się wam taka forma wpisu.
Trzymajcie się zdrowo i do usłyszenia!:)

Nacjonalistyczna pora roku

Nie jest nieznanym fakt, iż żyjemy w mocno specyficznym czasie. Czasie zmian, których nie widzieliśmy już od dawna, a przynajmniej od wiosny, kiedy to drzewa zaczynały pokrywać się zielonym listowiem. Tak też obecnie obserwujemy zmiany, które są tak podobne, a tak różne zarazem. Drzewa porzucają zieleń na rzecz cieplejszych barw, aż w końcu w tej czerwieni wykrwawiają się i gubią liście. Złota, polska jesień, bo o niej mowa, to zaprawdę przepiękna pora roku!

No właśnie – polska, złota jesień. Najbardziej nacjonalistyczna pora roku. Wszak nie mówimy o polskiej zimie, wiośnie, czy w końcu lecie. Za to jesień! To już inna para kaloszy, bo i te bywają potrzebne w trakcie tej pory roku. Chociaż uczciwie przyznać należy, że gdy potrzeba kaloszy to znaczy, że jesień jest deszczowa, a wtedy nie nazywamy ją polską i złotą. Tak więc pamiętajmy. Gdy jest ciepło i słonecznie to jesień jest złota, i polska. Natomiast, gdy jest deszczowo i nie daj Bóg chłodno/zimno to wtedy jesień po prostu… jest.

Wedle starego zwyczaju pogadaliśmy sobie na początku posta nieco od czapy. Tak w ogóle to ten patent (tzn na początku głupoty, a potem konkrety) podpatrzyłem, a dokładniej rzecz ujmując zajumałem od pewnego bardzo ciekawego autora książek o fotografii – Scotta Kelby’ego, którego książki szczerze polecam amatorom robienia zdjęć.

Nie będzie odkrywczym stwierdzenie, że głównym tematem dzisiejszego posta jest jesień. Dodatkowo muszę zaznaczyć, że ta złota i polska. Przepraszam, że non stop to powtarzam, ale niezmiernie bawi mnie to określenie. a dlaczego to napisałem nieco wyżej:) Taka już chyba nasza polska (tym razem nie złota) natura, że jak coś jest dobre to jest polskie, a jak złe, to już nie. Wyjątkiem od tej reguły są naturalnie pierogi ruskie.

Tak więc jesień. Ta wczesna, to chyba moja ulubiona pora roku. Jest nie za ciepło i na za zimno. Dzień jest nie za długi i nie za krótki. Swoją drogą długość dnia to okrutnie istotna rzecz w forografii, bo wiecie, gdy chcecie uwiecznić wschód słońca to lepiej gdy wstaje ono o 6:50, niż o 4:23, ale wiadomo, że jest to również kwestia osobistych upodobań. Ja osobiście więcej zdjęć robię wieczorami, ale to też na plus, bo wolę, jak złota godzina jest pomiędzy 17, a 18, niż gdy jest to o 20:30. Znowuż osobiste preferencje. 🙂

Wracając do tematu. Bardzo lubię jesień zarówno ze względów praktycznych, jak również, nazwijmy to, osobistych. Lubię ciepłe jesienne kolory, poranne mgły, pierwsze przymrozki, babie lato itd. Świat jest wtedy wyjątkowo piękny. Mam nawet takie małe jesienne marzenie, coby wybrać się podczas złotej, polskiej jesieni na spływ Dunajcem w Pieninach. W tym roku z wiadomych przyczyn marzenia nie spełniłem, ale jest taka złota, polska mądrość: „co się odwlecze to nie uciecze”. Jestem więc dobrej myśli!

I co w końcu z tą jesienią? Przyznać należy, że w tym roku jest nieco w kratkę. Raz jest pięknie, raz niekoniecznie. W weekend było ładnie i nie padało więc wybrałem się na fotograficzny spacer i starałem się uchwycić to, co cenię w tej porze roku. Zdjęcia, które wykonałem, możecie zobaczyć właśne w tym wpisie, ale to już pewnie wiecie 🙂

Znajome miejsce, nieprawdaż?:)

Trasa mojego spaceru była, że tak się wyrażę, standardowa, a więc wyruszyłem drogą biegnącą obok mojego domu w kierunku przysiółka Młynarzowa. Jeśli mnie pamięć nie myli to biegnie tutaj nawet jakiś szlak turystyczny – ponoć na Rycerzową. Tak przynajmniej twierdzą turyści, którzy często pytają, jak dojść do Soblówki. Droga od mojego domu na dół, do Soblówki jest bajecznie prosta. Byłaby jeszcze prostsza, gdyby szlak był oznakowany. Sami wiecie, jak jest 🙂
Jest też druga grupa turystów. Pytają oni o drogę na Krawców Wierch, który znajduje się w sąsiedniej wsi. Mało tego, jest on położony w kierunku przeciwnym do ruchu turystów. Tak więc nietrudno domyślić się, że idąc w tę stronę nie dojdzie się na „Krawculę”. Znowuż wina źle oznakowanych szlaków. Wydaje mi się, że wspominałem już o tym na blogu, ale może dla pewności napiszę jeszcze raz, a może uda mi się oszczedzić jakiemuś piechurowi nieco niepotrzebnej drogi 🙂

Mianowicie żółty szlak biegnący na Krawców przez Soblówkę zakręca na Młynarzowej. Do tego momentu jest dobrze oznakowany. Należy iść polną drogą, aż minie się coś, co autochtoni nazywają „piramidą” (zdjęcie poniżej). Następnie dojdziemy do zabudowań, będą to trzy stojące blisko siebie domy. Szlak skręca tutaj w lewo, między domami, a potem znowu w lewo na starą drogę gminną. Potem znowu jest dobrze oznakowany. To właśnie ten „młynorzowiański” odcinek wprowadza ludzi w błąd 🙂

Pozwolicie, że znowu wrócę do głównego wątku, a więc jesieni i mojego spaceru. Tym razem wymyśliłem sobie, że zabiorę tylko jeden obiektyw i będzie to Fujinon 23mm f/1.4. Szczerze muszę przyznać, że od kiedy jestem posiadaczem tego szkła to najchętniej nie ściągałbym go w ogóle z koprusu aparatu:) Daje przepiękny obrazek, a i ogniskowa bardzo mi pasuje. Jeśli ktoś tak jak ja używa systemu Fujifilm to na pewno poleciłbym mu ten obiektyw, o ile nie potrzebuje bardzo szybkiego autofokusa, bo ów Fujinon nie należy do najszybszych. Chociaż z drugiej strony, obrazek jaki daje to szkło w pełni wynagradza braki szybkości. Dobra dosyć mojego rozwodzenia sie nad sprzętem 🙂

No więc wziąłem na spacer jeden obiektyw. Takie małe wyzwanie. Chociaż może wyzwanie to nie jest najlepsze słowo, lepszym byłoby ćwiczenie. Z jednej strony jeden obiektyw jest ograniczeniem bo to tylko jedna ogniskowa. Z drugiej zaś strony takie uproszczenia często pozwają uzyskać lepsze rezultaty bo zamiast zastanawiać się nad wyborem sprzętu po prostu staramy się wycisnąc maksimum z tego, co akurat mamy.
Jeszcze można dodać do tego trzecią stronę, gdyż fotografia to dziedzina, w której pewnych rzeczy bez odpowiedniego sprzętu się nie przeskoczy. Ja sam, gdy jadę na jakieś zlecenie, zabieram ze sobą zwykle kilka obiektywów oraz trochę innego sprzętu, bo wiem, że konkretnie ujęcia, które będę miał wykonać wymagają konkretnych rozwiązań. Natomiast warto tutaj mieć na uwadze różnicę pomiędzy spacerem z aparatem, a konkretnym zadaniem albo przelewaniem obrazu z głowy na matrycę aparatu, ekran, czy też papier. Jak to mam w zwyczaju powtarzać: „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. 🙂 Tak czy owak pewnych rzeczy w fotografii nie przeskoczymy.

Znowu zboczyłem z tematu, ale to w sumie celowy zabieg dzisiaj. Chciałem wam napisać o wszystkim i o niczym. Bo cóż mogę napisać o spacerze? Było miło, ciepło, robiłem to, co lubię, z osobą, którą kocham, a na końcu dostałem od teściowej pyszne gołąbki. Resztę o moim spacerze niech opowiedzą wam zdjęcia, które wykonałem. Myślę, że bardziej wartościowym niż pisanie o robieniu kroków jest przemycenie kilku ciekawostek albo informacji o robieniu zdjęć i miejscach, w których mam przyjemność bywać. Tak jak to zwykle bywa na tym moim blogu, gdzie merytoryka miesza się z suchym dowcipem i brakiem sensu w proporcjach, które według wszelakich norm powinny być odwrotne ;P

Na dzisiaj to chyba tyle. Klasycznie zostawiam was jeszcze z garstką zdjęć z ostatniego spaceru. Dajcie znać, co wy myślicie o jesieni. Oczywiście tej polskiej i złotej! Miłego!:)

Tego koleżkę też już znacie 🙂

Pada sobie deszczyk

Jest taka rymowanka: pada sobie deszczyk, pada sobie równo. Raz spadnie na kamień, raz spadnie na… No własnie na co? W gruncie rzeczy to na wszystko, co nie jest w jakiś sposób osłonięte przed deszczem, a więc na rośliny, drzewa i umiłowane przeze mnie w ostatnim czasie grzyby. Chyba, że te rosną pod dachem, wtedy deszczyk na nie nie pada. Ale o co w ogóle chodzi i z tym deszczykiem? W zasadzie to ciężko mi jednoznacznie stwierdzić. Może o to, że od kilku dni aura jest okrutnie deszczowa? A może o to, że ostatnio fotografowałem rzeczy, na które pada deszczyk?

W zeszły weekend miałem twarde postanowienie, że pójde gdzieś, coby zdobyć materiał na posta na blogu. Oczywiscie ogłosiłem to całemu fejsbukowi pisząc, że nie pogardzę jakimś towarzystwem, że będzie włóczęgostwo. Ogólnie – miał być ogień, petarda, czy jak to się teraz mówi – sztos. W rzeczywistości wyszło to, na co w rymowance padał deszczyk.

Uczciwie przyznać należy, że w teren wyruszyłem. Ba! Nawet miałem ze sobą aparat i poczyniłem jakieś zdjęcia. Niestety nie jest to nic konkretnego, a na domiar złego poszedłem do miejsca, które już kiedyś wam pokazywałem. To znaczy wydaje mi sie, że je pokazywałem. ;P

No więc byłem, uwaga, w lesie! Byłem również na łące, ale o tym za chwilę. Tak więc dzisiejszy post nie będzie o niczym konkretnym. W sumie to nic nowego. 😀

Jak już wpominałem, nie wysiliłem się zbytnio jeśli chodzi o zbieranie materiałów na bloga. Ale za to mogłem przetestować nowy obiektyw. Gdyby kogoś to interesowało – mój nowy szklany koleżka to Viltrox 56mm f/1.4. Moje pierwsze wrażenia odnośnie tego obiektywu są bardzo pozytywne. Zgrabna, jasna portretówka z szybkim autofokusem. Ogólnie polecam, zwłaszcza że cena jest bardzo kusząca 🙂

Jak już jesteśmy przy temacie portretów to ostatnio zastanawiałem się, jak to jest, że na blogu jest na ten temat tak mało treści. Ogólnie rzecz biorąc to portret jest tą dziedziną fotografii, która najbardziej mnie interesuje. Widać to w sumie w moich social mediach. Natomiast blog praktycznie nie łączy się z tym, co mam na FB i instagramie. To ciekawe w sumie. Chociaż muszę przyznać, że dzięki temu mojemu blogowi robię więcej zdjęć niż kiedyś. Co więcej fotografuje różne rzeczy, miejsca itd, a nie tylko ludzi. Myślę, że to pomaga mi się rozwijać, a i zaczynam czuć coraz większy pociąg do różnych rodzajów fotografii. W dużym skrócie: zdjęcia dają mi od pewnego czasu dużo więcej radości niż kiedyś 😀

Wracając do mojego spaceru… Udałem się do pewnego ciekawego miejsca. Nie powiem wam jednak, gdzie byłem dokładnie bo rosną tam rydze. Dużo rydzów. Zdarzają się również inne grzyby, ale tego pomarańczowego, smacznego skurczybyka jest tam całe mrowie. Tak więc wybaczcie, ale nie zdradzę wam, gdzie chodzę na rydze ;P Zdjęcia wspomnianych przeze mnie leśnych smakołyków wrzucałem ostatnio więc tym razem sobie podaruję, ale za to łapcie taki oto kadr (PS. tam rosną).

I jeszcze jeden.

Tak jak wspominałem, byłem również na łące. Chociaż mam takie wrażenie, że słowo „łąka” jest w tym wypadku nadużyciem. Może powininem powiedzieć, że po prostu byłem na jakimś polu?

Bardzien intrygujący jest fakt, że na tym polu, czy tam łące, jak kto woli, nie byłem przypadkowo. Otóż zostałem poproszony o wykonanie plakatów/obrazów do powieszenia na ścianie. Miały być proste i w odcieniach beżu, pomyślałem więc, że suche, jesienne rośliny będą jak znalazł. Poczyniłem zatem kilka ujęć.

Na nieszczęście światło tego dnia światło było dosyć nudne i płaskie. Z wykonanych zdjęć jestem nawet zadowolony, ale nie jest to coś co powiesiłbym na ścianie. Tak więc zlecenie dalej jest w toku, a co za tym idzie – trzeba będzie znowu wybrać się w teren 🙂 Niestety na chwilę obecna może to byc trudne zadanie, gdyż pada sobie deszczyk.

Zdjęcia z łąki robiłem Fujinonem 23mm f/1.4 jakby ktoś pytał. Ostrzy dosyć wolno, ale obrazek daje przepiękny.

Czuję w kościach, że ten wpis jest trochę (ok, może ociupinkę więcej niż trochę ;P) naciągany. Tak więc już bez zbędnego przeciągania żegnam się z wami i mam nadzieję, że następnym razem uda się przygotować jakis dłuższy, fajny wpis.
Klasycznie na dowidzenia podrzucam jeszcze jakieś zdjęcie 🙂 Miłego!

Oszust

Tytuł dzisiejszego posta jest krótki, aczkolwiek treściwy. Jest to wyraz nacechowany negatywnie, kojarzący się z czymś złym, badź podłym, z kłamstwem i innymi machlojkami. Perfidnością i obłudą i czort wie czym jeszcze…
No chyba, że dodam, że to taka, nazwijmy to, potoczna nazwa pewnego miejsca w Soblówce. Wtedy oszust nie jest już czymś złym, ale budzącym ciekawość (tzn. takie jest moje założenie ;P).

Mam nadzieję, że obudziłem waszą ciekawość bo miejsce, o którym dzisiaj napiszę jest, uwaga, ciekawe. Jak ktoś śledzi mnie na Instagramie to wie, gdzie mnie zaniosło w sobotę, a jeśli nie to już mówię. Mianowicie wybrałem się na wycieczkę w góry. Dokładniej mówiąc na szczyt zwany Oszus. Nie zapomniałem o literce „t” jakby ktoś pytał. 😉 Jak już jesteśmy przy nazwach to dodam, że pod szczytem o nazwie Oszus ( czasami nazywany Oszustem przez autochtonów, ale i na starych mapach można natknąć się na tą nazwę) znajduje się rezerwat Oszast. Co więcej tubylcy, a więc i ja, używają tych nazw wymiennie czy to w odniesieniu do rezerwatu, czy też do szczytu. Trochę masło maślane, ale ogólnie chodzi zwykle o tereny w okolicach rezerwatu.

Wiem, zdjęcie bez polotu, ale nie wyobrażałem sobie tego posta bez niego ;P

Chciałem podzielić ten wpis, podobnie jak post Hańba! i podać tutaj jakieś mniej lub bardziej szczegółowe informacje na temat tego miejsca. Uznałem jednak, że to bez sensu bo wszystkie „suche” fakty możecie sprawdzić w internecie. Ja natomiast mogę wam napisać, co osobiście myślę o Oszaście.

Fajna ścieżka powyżej nie? Niech was nie zwiedzie ten widok! Szlak wiodący na szczyt jest okrutny. Powiem wam więcej, na szczyt nie ma innej drogi bo ów szlak wiedzie granicą polsko-słowacką. Z jednej strony mamy granicę, z drugiej rezerwat, do którego wchodzić nie wolno. Ale wracając do okrucieństwa… Zarówno z jednej, jak i drugiej strony zanim wejdziemy na szczyt czekaja nas nieliche podejścia. Od strony przejścia granicznego w Glince są dwa strome podejścia, ale prawdziwy okrutnik znajduje się z drugiej strony! Idąc szlakiem z przełęczy Przysłop czeka nas dosyć ekstremalna wspinaczka. Nie jest to co prawda Mount Everest, ale dla amatora górskich wycieczek może stanowić niemałe wyzwanie:)
Mała rada ode mnie. Jeśli idziecie szlakiem z Glinki na Rycerzową, albo odwrotnie, a nie macie parcia, coby wejść na Oszusa (sam szczyt znajduje się nota bene na Słowacji) to można obejść te piekielne nierówności. Zaoszczedzicie w ten sposób czas i nogi. Jeśli chcecie skrócić sobie drogę należy obejść rezerwat od spodu. Wystarczy, że obok tabliczki informującej, że wkraczacie do rezerwatu skręcicie do lasu. Mam na mysli oczywiście polską stronę, Teraz wystarczy, że będziecie szli wzdłuż drzew, na których namalowana jest biała linia. Tak przy okazji to pochwalę się, że sam je malowałem swego czasu ;P

Druga sprawa to fakt, że szlak nad rezerwatem, a więc ten okrutny odcinek nie należy do tras kuszących turystów pięknymi widokami. Większość czasu spędza się tam w młodnikach, krzakach i lasach. Punkty widokowe są dwa. Widoki ładne, ale można przeżyć bez nich 🙂

Jak jesteśmy w temacie młodników to opowiem wam, co przydarzyło mi się w sobotę. Otóż pokonałem już dwa podejścia od strony przejścia granicznego w Glince, a więc byłem już w miejscu, gdzie dalszy marsz staje się bardzo przyjemny. W około krzaki, młodnik i las. Było wcześnie rano, a że była sobota to nikt nie pracował w lesie. Zero pił łańcuchowych, ciągników. Cisza jak makiem zasiał. Aż tu nagle słyszę, że coś łamie gałązki, albo i gałęzie w krzakach obok! Młodnik zasłaniał mi widok i nie mam pojęcia, co było wtedy w tych krzakach. Wnioskując z tego jak głośno stąpało przypuszczam, że nie była to wiewiórka 😛 Muszę przyznać, że trochę się zaniepokoiłem i myślałem, że zaraz przekonam się jaki wyciagam czas na sto metrów, ale koniec końców zdrowy rozsądek wygrał z instynktem samozachowawczym i po prostu poszedłem dalej szlakiem. Z perspektywy czasu widzę dwie opcje odnosnie tego, co było w tych krzakach. Opcja pierwsza – jeleń. Z tym koleżką nie chciałbym się spotkać teraz w lesie ponieważ trwa rykowisko. Sami wiecie, hormony jelonkowi buzują i ni jak nie wytłumaczę mu, że jestem żonaty… Żarty żartami, ale jelenie podczas rykowiska bywają agresywne ^^ Jest to opcja najbardziej prawdopodobna. Natomiast druga to miś. Wiem, że niedźwiedzie bywają czasami w tych stronach i osobiście widywałem tropy tych koleżków. Istnieje możliwość, że ostatnio mogłem zobaczyć nie tylko tropy, ale i żywy okaz. Jest to jednak bardzo mało prawdopodobne. Ale sami wiecie, na blogu lepiej będzie wyglądać, jak napiszę, że poszedłem na gołe klaty z miśkiem, niż jak napiszę, że obsrałem się na widok koziołka sarny ;P

Tak to mniej więcej wygląda tam na górze

Napisałem, że widoki nie są w tym miejscu najlepsze, ale jeśli ktoś lubi przebywać w lesie to naprawdę warto tutaj wpaść. Pomimo szlaku turystycznego, granicy i tak dalej, czuć tutaj bliskość z naturą. Pewnie dzięki rezerwatowi przyrody, a może to tylko wymysł mojej fantazji?

Gwoździem programu jest Oszus jest miejscem kultu religijnego. Jest tutaj krzyż i ołtarz. Co więcej odprawia się tutaj nabożeństwa i z tego, co pamiętam od czasu do czasu wybierają się na nie nawet ludzie z naszej parafii w Soblówce. Ogólnie rzecz biorąc to bardzo fajne i interesujące miejsce, gdzie natura spotyka się z wiarą i religią.

Mam jescze całe mnóstwo zdjęć ze słupkami granicznymi, ale z tego co się orientuję to za publikowanie takich rzeczy mozna dostać bon upominkowy na kilka stów. Tak więc musicie mi wybaczyć, ale nie mogę wam pokazać wszystkiego, co przyniosłem ze sobą z tej wyprawy 🙂

Nie sposób pisać o Oszaście nie wspominająć o jeszcze jednym miejscu – Dzielonej Wodzie. Jest to moim zdaniem jedno z najciekawszych miejsc w Soblówce. Co ciekawe, stostunkowo mało ludzi wie, że takie coś tam w ogóle jest.

Co jest takiego ciekawego w tym miejscu?(mam nadzieję, że nie pochrzanię faktów ;P) Mianowicie jest to źródło, z którego wypływają dwa potoki. Jeden z nich płynie na Słowację, drugi zaś do Polski. Spływają z gór, dalej w głąb państw. I tutaj zaczyna sie robić ciekawie bo potok płynący u naszych południowych sąsiadów wpada w końcu do Dunaju, a z nim płynie aż do Morza Czarnego. Natomiast nasz polski potok dociera do rzeki Wisły, która z kolei snuje sie przez całą Polskę kończąc swoją drogę w Bałtyku. Fajna sprawa nie? Woda z maluczkiego źródła w Beskidzie Żywieckim dociera do dwóch mórz pokonując setki kilometrów. Żaden ze mnie lokalny patriota, ale myślę, że to miejsce jest co najmniej niedoceniane.

Powoli zbliżamy się do końca dzisiejszego wpisu. Myślę, że wyprawa na Oszus to ciekawy sposób na spędzenie niedzielnego popołudnia. Jednak miejsce to nie przypadnie do gustu wszystkim. Miłośnicy natury na pewno będą zadowoleni z pobytu tutaj, ale koneserzy rozległych panoram mogą poczuć niesmak. Co kto woli w sumie 🙂
Na koniec zostawiłem dwie rzeczy.
Pierwsza z nich to ciekawostka. Mianowicie podobno da się podjechać pod sam szczyt Oszusa od strony Słowacji. Jeśli nie pod sam szczyt to na pewno w jego pobliże, a już na pewno mozna w ten sposób ominąc wspomniane przeze mnie podejścia. Druga sprawa, że sporo tracimy (w tym jeden punkt widokowy) wybierając własnie tą drogę. To znaczy z jednej strony tracimy, a z drugiej zyskujemy w zależności od naszych priorytetów 🙂

Druga rzecz. Zrobiłem podczas tej wycieczki sporo zdjęć hub. Na prawdę sporo 🙂 Jakoś tak całą drogą trafiałem na interesujące okazy. Tradycyjnie więc na koniec posta zostawiam dla was kilka zdjęć. W roli głównej huby! 😀