Cały tytuł winien brzmieć: „Wyprawa życia, czyli jak udałem się do pobliskiego lasu”. Jak to bywa w życiu miałem okrutne plany na weekend. Miałem szwędać się z aparatem i robić zdjęcia, zbierać materiał cobyw końcu napisać tutaj coś sensownego. Koniec końców wyszło tak, że w niedziele udało mi sie na godzinke wyrwać z domu celem wykonania jakichś fotografii. Nie narzekam, aczkolwiek inaczej miało to wszystko wyglądać 😀
Byłem mocno zmotywowany, żeby jak naszybciej wrzucić coś na bloga. W dużej mierze za sprawą moich ostatnich fejsbukowych deklaracji odnośnie reaktywacji tego oto bloga. Pisałem wtedy również, że będzie to możliwe bo trochę poluzuje mi się grafik i wiecie co? Nie poluzował się ;P Jak to mawiał klasyk – nadzieja matką głupich, ale słowo się rzekło i bloga postaram się prowadzić zgodnie z tym co ogłosiłem niedawno w social mediach.
W gruncie rzeczy ten wpis nie traktuje o niczym konkretnym. Po prostu chciałem się z wami podzielić zdjęciami, które wykonałem w minioną niedzielę w pobliskim lesie oraz napisać parę słów o tym, co u mnie słychać. Co u mnie słychać to już w sumie wiecie, a więc przyszedł czas na zdjęcia.
Moja ostatnia fotograficzna wycieczka była krótka, ale ciekawa. Udało mi się nawet nazbierać grzybów:) W sumie to chciałem, aby grzyby były motywem przewodnim tej wyprawy, ale jakoś tak wyszło, że zrobiłem zdjęcia tylko dwóm okazom. Z czego jeden był z gatunku tych, które je się tylko raz w życiu.
Jednorazowy grzyb 😀Dla jasności dodam, że to nie ilustracja tylko zdjęcie 🙂
Fajny rydz, co nie?:) Pamiętacie, jak pisałem o budżetowych obiektywach z mocowaniem m42? Wspominałem, że można za ich pomocą uzyskać ciekawe efekty. Powyżej macie malutką dawkę tego, co oferują nam takie szkła. Szczerze mówiąc to zrobiłem sobie podczas tej mojej wycieczki małe wyzwanie i używałem tylko jednego obiektwu. Ściślej mówiać mojego starego Pentacona 50mm f/1.8, o którym wspominałem przy okazji posta Cebula. Oczywiście to czy obrazek jaki dają stare obiektywy podoba się, czy nie to kwestia indywidualnych upodobań i gustu. Różne obiektywy dają różne efekty. Ja osobiście bardzo lubię mojego Pentacona i efekty jakie mogę z jego pomocą uzyskać.
Pomimo tego, że ostatnie dni są bardzo ciepłe to trzeba przyznać, że w powietrzu czuć już jesień. Lubię tą porę roku, a szczególności kiedy jest ona złota i polska. Nie żebym był jakimś ogromnym patriotą, albo amatorem króla metali. Jesień po prostu trafia w moje wysublimowane gusta. 😉 W sumie to już nie mogę się doczekać, aż drzewa zmienią kolor. Uwielbiam robić sesje w jesniennych klimatach.
Pierwsze liście już zmieniają kolor Rośliny powoli schną
Pewnie zauważyliście, że zdjęcia, które wam dzisiaj pokazuje są w klimacie posta Kiedy trawka łechce brzuszek 😀 Jednak przyznać muszę, że ściółka nie jest aż tak wygodna jak trawka, a i łechtanie jest mniej przyjemne. Koniec końców, czego się nie robi dla zdjęć, prawda?:)
Z jednej strony relikt przeszłości, a z drugiej brak szacunku człowieka wobec przyrody. Ale przynajmniej ładnie rdzewieje ;P
Na sam koniec mojej wycieczki załapałem się jescze na przepiękny zachód słońca. Kolory nieba były prima sort!
No i to by było na tyle jeśli chodzi o moją wyprawę. Post może nie był jakiś okrutnie merytoryczny (w sumie jak każdy inny mój wpis;P), ale mam nadzieję, że was chociaż trochę zaciekawiłem. Na dzisiaj to tyle, trzymajcie się zdrowo i pogodnie!:)
Dzień dobry, cześć i czołem! Tytuł dzisiejszego posta jest taki, jak zawsze. To znaczy, wyrazy użyte do jego sformułowania są inne niż poprzednie. Podobnie jak jego sens (a może chodzi właśnie o brak sensu?). Mam na myśli to, że tytuły moich wpisów są zwykle, że się tak wyrażę: od czapy. Oczywiście ja widzę w nich całe tony sensu i zwykle długo się głowię, jak sformułować tytuł do danego posta. Natomiast, gdy po pewnym czasie wracam do moich starych wpisów i widzę, co tam jest napisane oraz jak zatytułowane są moje wypociny to nie wiem czy śmiać się, czy płakać. Zazwyczaj się śmieje, ale jest to śmiech przez łzy…
Pogadałem sobie od rzeczy, więc czas przejść do konkretów. Tytuł dzisiejszego posta jaki jest każdy widzi. Zdaję sobię sprawę, że może wydawać się pozbawiony sensu i zwyczajnie dziwny, ale wszystko zmieni się po przeczytaniu całego wpisu. Macie moje słowo 🙂
Otóż przeglądałem ostatnio moje stare posty. Wiecie jak jest. Tak długo tutaj nie zaglądałem, że sam zapomniałem, o czym jest ten blog 😉 Trafiłem na post o bardzo intrygującym tytule Miecz prześwietlenia. Po przeczytaniu całości byłem okrutnie skonsternowany faktem, że pisząc o robieniu zdjęć z kontry nie wspomniałem o fotografowaniu sylwetek. Nie mam tutaj na myśli fotografii, na których widać kaloryfer, bądź boiler modela/modelki. Ogólnie rzecz biorąc nie chodzi o rzeczy związane ze sportem, ale pewną ciekawą technikę pozwalającą tworzyć interesujące obrazy. Może pokażę, o co mi chodzi bo jak sami wiecie mam jeszcze sporo do zrobienia w kwestii moich umiejętności objaśniania pewnych zagadnień 😉
Taką właśnie sylwetkę miałem na myśli 😉 Osobiście bardzo lubię takie zdjęcia i jeśli tylko mam okazję to staram sie jakieś wykonać.
Czy takie ujęcie się komuś podoba, czy nie to oczywiście kwestia gustu. Jako, że mi osobiście podobają się takie fotografie i myślę, że większość z was podziela to zdanie to powiem wam, jak taki obraz wykonać. Zwłaszcza, że sprawa jest banalnie prosta. Takie zdjęcie wykonacie wszystkim. Oczywiście mam na myśli urządzenia wyposażone w aparat fotograficzny bo wiadomo, że kotletem takiego zdjęcia się nie zrobi. Tak więc bierzemy swój aparat, albo smartfon i uwaga… czekamy aż słońce znajdzie się dosyć nisko nad horyzontem. Tak samo jak podczas fotografowania z kontry. W gruncie rzeczy zdjęcia sylwetki to fotografowanie z kontry (masło maślane: czas, start!). Ustawiamy naszego modela/modelkę, bądź obiekt, który chcemy fotografować tak, aby oświetlony był od tyłu. Teraz cały trik polega na tym, aby przełączyć urządzenie, którym robimy zdjęcia na tryb manualny. Na automatyce ciężko wykonać takie ujęcie bo przypuszczam, że oprogramowanie będzie chciało za wszelką cenę jak najlepiej naświetlić postać na pierwszym planie. My natomiast chcemy, aby postać na pierwszym planie była mocno niedoświetlona, a więc mamy zgoła inny zamiar niż oprogramowanie naszego aparatu 😉 Jeśli nie wiecie, jak ustawia się ekspozycję w aparacie to postaram się pomóc. Ogólnie rzecz biorąc to o ustawianiu ekspozycji zostały napisane całe książki, powstały miliony artykułów itd. Po prostu jest to okrutnie obszerny temat. Bardziej ambitnym polecam poczytać o trójkącie eskpozycji. Jakiś randomowy artykuł z intertnetu powinien wam nakreślić, jak ustawiać poszczególne parametry w waszych aparatach. Jak juz będziecie wiedzieć, co z czym się je to wykonanie zdjęcia sylwetki nie będzie stanowić dla was najmniejszego problemu 🙂 Natomiast jesli komuś nie chce się czytać to już mówię, co powinien zrobić (mając przy tym nadzieje, że koledzy po fachu mnie nie zlinczują za to co zaraz napiszę ;P). Trybu manualnego i tak nie przeskoczymy, a więc włączamy wspomiany tryb w naszym aparacie/smartfonie. Ustawiamy parametr ISO na najmniejszy możliwy, np. 100. Następnie ustawiamy przysłonę, o ile wasz smartfon pozwala na takie ustawienia bo w aparatach takie ustawienie jest na pewno 🙂 Jeśli chcemy aby tło się rozmazało to ustawiamy jak najmniejszą wartość przysłony. Na przykład f/2.8 Jesli chcemy aby tło było wyraźne ustawiamy nieco wyższą wartość, powiedzmy f/11. Najwięcej majsterkowania będzie przy ostatnim parametrze czyli czasie naświetlania. Zaczynamy od, powiedzmy, 1/250 sekundy. Ustawiamy ostrość na tym kimś lub czymś, czego sylwetkę chcemy sfotografować i wykonujemy zdjęcie. Jeśli wszystko wydaje się zbyt jasne to skracamy czas naświetlania. Ustawiamy 1/320 sekundy. Jesli efekty dalej nas nie satysfakcjonują to znowuż skracamy czas otwarcia migawki i tak dalej, i tak dalej, aż uzyskamy pożądany przez nas obraz. Nieco inaczej sprawy mają się jesli zdjęcie jest zbyt ciemne. Wtedy musimy wydłużyć czas naświetlania. Ustawiamy trochę dłuższy czas otwarcia migawki. Przykładowo 1/200 sekundy. Zdjęcie dalej zbyt ciemne? Wiecie co robić 🙂 Nie polecam schodzić z czasem naświetlania poniżej 1/60 sekundy, gdyż na 99% zdjęcia będą wychodzić poruszone. No chyba, że macie stabilizację matrycy, wtedy to już nieco inna bajka 😉 Jeśli przy czasie otwarcia migawki 1/60 sekundy zdjęcia wciąż wychodzą zbyt ciemne to warto zastanowić się, czy ogólnie nie jest już zbyt ciemno ;P Druga opcja to zwiększyć nieco ISO i znowu majsterkować przy czasie naświetlania. Czyli ustawiamy wyższe ISO, np. 200, czas otwarcia migawki 1/250 sekundy i zależnie od naszej wizji skracamy go, bądź wydłużamy.
Gdy mamy już nasze zdjęcie, nic nie stoi na przeszkodzie, aby nieco zmodyfikować je w jakimś programie, albo aplikacji. Jak zwykle jedyne ograniczenie to nasza wyobraźnia 🙂
W dziejszym temacie to chyba tyle. Myślę, że tytuł posta nie jest już dziwny i wiecie dlaczego akurat taki wybrałem 🙂 Oczywiście może okazać się za miesiąc, albo pół roku, że znowu coś pominąłem. Znowu pojawi się konsternacja i te sprawy. Jednak zanim to nastąpi to klasycznie wrzucam kilka zdjęć poniżej. Do usłyszenia!
Dzień dobry, cześć i czołem. Trochę mnie tutaj nie było (znowu). Dokładniej rzecz ujmując 2 miesiące i 2 dni. W gruncie rzeczy to szmat czasu, a część z was pewnie myślała, że porzuciłem projekt bloga. Na szczęście (taką mam przynajmniej nadzieję) wracam jednak do pisania z nową energią i pomysłami.
Chyba jestem winny wyjaśnienia, dlaczego nie było mnie tutaj tak długo. Otóż powód mojej nieobecności jest bardzo prosty – brak czasu. Tak mi się podziało w życiu, że sporo spraw nałozyło się na siebie do tego stopnia, że żałowałem, że doba ma tylko 24 godziny. Oczywiście wszystko jest kwestią tego jakie mamy priorytety i gdybym spiął pośladki to pewnie znalazłbym czas na fotografię, grafikę itd. Wolałem jednak skupić się przez ten czas na innych rzeczach, coby później móc więcej czasu poświęcić na to, co „tygrysy lubią najbardziej”.
Chociaż dalej mam sporo na głowie to myślę, że czas reaktywować bloga. Mam nadzieję, że ucieszy was ta nowina 🙂
Wspominałem, że mam kilka nowych pomysłów odnośnie materiałów, które będę publikować na blogu. Otóż chciałbym rozpocząć cykl postów, w których będę odwiedzać różne szczyty i inne ciekawe zakamarki Beskidów – coś w stylu wpisu o Muńcole. Z doświadczenia wiem, że wiele wspaniałych i interesujących miejsc nie leży na wytyczonych szlakach więc jeśli chcielibyście zdradzić mi położenie jakiegoś ciekawego miejsca, albo wybrać się tam ze mną to jestem otwarty na wasze sugestie 🙂 Pomysł drugi to również projekt lokalny i również dotyczy ciekawych miejsc w Beskidach. Jednak w tym wypadku chodzi mi o konkretne miejsca. Mianowicie takie, które są związane z kultem religijnym. Mam tutaj na myśli kapliczki, krzyże, groby itd. Ważne, aby nie były to miejsca „przy drodze”, a raczej jakieś zapomniane, albo trudno dostępne elementy kultu. Coś jak kapliczka nad budynkiem strażnicy w Soblówce. Druga sprawa, jest to projekt lokalny, a więc na razie pod lupę idzie tylko gmina Ujsoły. Jak się pewnie domyślacie – potrzebuję waszej pomocy w tym projekcie. Wszystkie informacje o takich miejscach mile widziane!:) Pomysł numer trzy to również cykl postów, ale tym razem poświęconym fotografii portretowej. Coś w stylu posta zatytuowanego Groza w skrócie. Tak więc pojawią się historie z sesji, opowiem coś o tym jak robię zdjęcia, coś o retuszu itd. Jak już jesteśmy przy retuszu to wiecie, że zajmuję się również grafiką komputerową. I w tym temacie też jakieś posty się pewnie pojawią. Prawdopodobnie będę w nich wrzucać również filmiki przedstawiawiające proces tworzenia tego, o czym dany wpis będzie.
Chętnie wysłucham także was. O czym chcielibyście czytać więcej?:)
Jeszcze jedna ważna rzecz, trochę się pozmienia na mojej stronie. Znajdziecie tam więcej informacji odnośnie oferowanych przeze mnie usług.
No i to by było chyba na tyle. Sprawy mają się tak, że reaktywuję bloga. Pojawi się sporo nowości i tutaj, i na mojej stronie. Dodatkowo możecie bardzo mi pomóc, aby blog się rozwijał, a przy okazji może uda się zrobić coś fajnego dla lokalnej społeczności, a nawet przyszłych pokoleń!:)
Wbrew temu, co można przeczytać w tytule, dzisiejszy post nie będzie o warzywach. Będzie o cebuli. Polskiej cebuli. Sami wiecie jak jest. Czasy ciężkie, każdy grosz się liczy, a fotografia nie należy do najtańszych pasji. Jak więc przycebulić na czymś, co z zasady tanie nie jest? No cóż, mój dobry kolega Janusz powiedział mi kiedyś, że przycebulić można zawsze i jak się okazuje, nie mylił się ani trochę.
Teraz już bardziej na poważnie. Sprzęt fotograficzny zwykle jest dosyć drogi, drogi, albo okrutnie drogi. Od każdej reguły są wyjątki i oczywiście istnieją fotograficzne gadżety, które są tanie i przydatne, jak na przykład blendy. Warto mieć na uwadze również to, co dana osoba uważa za drogie bo jest to kwestia mocno subiektywna. Zakładam, że dla większości osób zajmujących się fotografią amatorsko, bądź dla statystycznego Polaka kupienie, dajmy na to, obiektywu za kilka tysięcy złotych, nie będzie klasyfikowane jako tani zakup. Niestety realia są często takie, że te najbardziej pożądane obiektywy, czy korpusy są kosztowne.
Jeśli złapie się tzw. bakcyla to prędzej, czy później dokupuje się różne rzeczy. Obiektywy, filtry, czasem nowy korpus, statyw, oświetlenie, oprogramowanie, monitor i można by tak wymieniać na prawdę długo. Dzisiaj jednak skupimy się na obiektywach, a dokładniej rzecz ujmując jak dostać w ręce świetne obiektywy nie rujnując przy tym portfela.
Otóż ktoś mądry wymyślił kiedyś coś, co nazywamy przejściówkami, albo jak kto woli – adapterami. Oczywiscie mam tutaj na myśli konkretne adaptery pozwalające podpinać obiektywy z jednego systemu do aparatów innego systemu. Jak zapewne wiecie, albo się domyślacie, każda marka produkująca aparaty cyfrowe posiada swoje własne mocowanie obiektywu(albo kilka mocowań). I tak na przykład nie podepniecie obiektywu Canona do korpusu Nikona. Chyba, że macie adapter.
Powoli zbliżamy się do sedna tego postu, a więc do oszczędności. Wspomniane wyżej adaptery zwykle nie są drogie. Biorąc pod uwagę ceny w świecie fotografii pokuszę się o stwierdzenie, że są wręcz bardzo tanie. Jednak bardziej interesujący jest fakt, że przejściówki pozwalają na podpięcie bardzo leciwych obiektywów do nowoczesnych korpusów. Jak się pewnie domyślacie, bardzo leciwe obiektywy są również bardzo tanie (oczywiście porównując do cen nowszych obiektywów) i łatwo dostępne. Założe się, że część z was posiada takie obiektywy nawet o tym nie wiedząc. 🙂
Pisząc tego posta mam na uwadze głównie obiektywy z mocowaniem m42, gdyż są chyba najpopularniejsze u nas w kraju. Sam od niedawna jestem bardzo szczęśliwym posiadaczem adaptera m42 na Fuji X oraz obiektywu Pentacon auto 1.8 50mm. Apropos cebulenia. Zestaw ten kosztował mnie coś koło 250 złotych.
Jednakże, jak to zwykle bywa gdzieś musi być haczyk. Szczerze powiedziawszy to tych haczyków jest nawet kilka. Po pierwsze kupowanie starych, często wysłużonych obiektywów to zwykle loteria. Możemy trafić na model w świetnym stanie, ale możemy dostać również coś, co w najlepszym wypadku nadawać się będzie tylko na ozdobę na szafkę. Stare obiektywy to zwykle bardzo solidne konstrukcje, co nie zmienia faktu, że czas i tak zrobił z nimi swoje. Może się zdarzyć, że będą nieostre do tego stopnia, że nie będą nadawały się do robienia zdjęć. Może być tak, że coś w środku będzie zepsute. Ba, możemy trafić na obiektyw, w którym narosła pleśń. Biada temu, kto nakręci zapleśniały obiektyw na korpus! Druga sprawa, najczęściej są to obiektywy manualne, a więc ostrośc będziemy musieli ustawiać sami. Warto zaznaczyć, że nie jest to wybitnie trudne, ale mimo wszystko istnieje ryzyko, że ostrość może nam się zgubić. No i wiadomo, z manualem dynamicznych scen raczej nie uchwycimy. Po trzecie, takie obiektywy nierzadko dają jakieś charakterystyczne efekty na zdjęciach. Czasami jest to intrygujący bokeh, czasami charakterystyczna plastyka obrazu. Niektórym może to przeszkadzać, ale są też tacy, którzy nabywają stare obiektywy własnie dla tych efektów. Ja osobiście nie uznaję tego za wadę, ale warto mieć to na uwadzę podczas zakupu 🙂
Reasumując. Jeśli chcemy przycebulić na sprzęcie fotograficznym to warto przyjrzeć się opcji adapter + stare szkło. Najmocniejszą stroną takiego podejścia jest bardzo niska cena, najsłabszą zaś losowość. Ja miałem szczęście kupić świetnie zachowany obiektyw, który po lekkim przymknięciu przysłony robi się bardzo ostry. Jest to dla mnie lekkim zaskoczeniem, gdyż liczyłem się z faktem, że na niskich przysłonach będzie tzw. mydło – czyli nieostre zdjęcie. Nie narzekam jednak i miło było zaskoczyć się właśnie w ten sposób.
Tradycji musi stać się zadość. Tak więc pod spodem podrzucam kilka zdjęć wykonanych obiektywem starszym ode mnie 🙂 Miłego oglądania i trzymajcie się zdrowo!
MniszkiListek 🙂 Ciekawy bokeh nieprawdaż?:PMłoda szyszka świerka.Ponownia szyszka. Na tym zdjęciu dobrze widać, jak ostry jest ten obiektyw.Kwiatek. Jestem takim ignorantem, że nawet nie wiem, co fotografuję. Jeśli ktoś wie, jaka to roślina to proszę mnie dokształcić 🙂Na koniec portret Magdy. 🙂
Witajcie po tej nieplanowanej przerwie! Jak pewnie zauważyliście, chwilę mnie tutaj nie było. Po części z braku czasu, a po części z braku weny twórczej. Na dodatek w ostatnim czasie pogoda nie pozwalała mi wychodzić z aparatem w plener. Jest takie góralskie powiedzenie, które moim zdaniem doskonale opisuje obecną sytuację. Pozwólcie, że zacytuję: „Jak nie urok, to sracka”…
Kilka ostatnich postów poświęconych było fotografii, ale jak wiecie zajmuję się również grafiką komputerową. Tak więc dzisiaj będzie, uwaga, o grafice, a ściślej rzecz ujmując o digital paintingu.
Czym jest ów digital painting? No cóż, pewnie domyślacie się już po samej nazwie, ale i tak pozwolę sobie na kilka słów wyjaśnienia. Otóż digital painting to malarstwo cyfrowe. Warto zaznaczyć, że termin ten obejmuje, oprócz malarstwa, również rysunek. W skrócie można powiedzieć, że jest to porzucenie konwencjonalnych narzędzi na rzecz komputera z odpowiednim oprogramowaniem.
Zajmuję się tą formą sztuki już od pewnego czasu. Co prawda, dopiero raczkuję w tym temacie, ale myślę, że wyniki moich dotychczasowych przygód z digital paintingiem was zainteresują. Dodatowo, lubię dzielić się z wami rzeczami, które sprawiają mi przyjemność, a malarstwo cyfrowe jest taką właśnie rzeczą. Proces tworzenia takiego obrazu jest często żmudny i na pozór nudny jak flaki z olejem. Wychodzę jednak z założenia, że każdy z nas ma jakieś swoje własne dziwacta. W moim wypadku jest to radość płynąca z machania rysikiem przez kilka, czasem kilkanaście godzin.
Jak zapewne się domyślacie istnieje wiele metod, technik i podejść do tematu. Istnieje również drugie tyle narzędzi, programów, akcesoriów itp. Technika, którą zamierzam wam dzisiaj pokazać w gruncie rzeczy wymaga tylko sporej ilości czasu i programu graficznego obsługującego warsty. Dodatkowo zalecałbym korzystanie z tabletu graficznego bo daje to większą kontrolę podczas malowania. Teoretycznie można używać do tego myszki, jednakże w praktyce znacząco wydłużyłoby to czas pracy, który i tak jest już dość długi.
Przejdźmy zatem do konkretów. Technika, którą wam dziś zaprezentuję to chyba najprostszy sposób na digital painting. Jest tak prosta, że czasami myślę że nazywanie jej digital paintingiem jest nadużyciem 🙂 Jeśli zastanowić by się na tym głębiej to w gruncie rzeczy jest to raczej wprawka do swobodnego korzystania z pędzli oferowanych przed dany program graficzny, łączeniu i mieszaniu kolorów itd. Nie powinno się jednak lekceważyć tej techniki bowiem efekty, które można za jej pomocą uzyskać są warte zachodu. Dodatkowo zapewnia ona ogromne pole do manewru w kwestii testowania różnych pędzli, efektów jakie dają itd. Technika, o której mowa w dzisiejszym poście polega na nakładaniu kolejnych warstw na istniejące już zdjęcie. To chyba jedyny jej jedyny minus, ponieważ potrzebujemy gotowego już zdjęcia jako punktu odniesienia. Oczywiście umiejętności nabyte podczas takiej pracy na pewno uda się wykorzystać podczas tworzenia własnego, wymyślonego od zera obrazu 🙂 A więc po kolei. Najpierw wybieramy zdjęcie, który posłuży jako baza do naszego obrazu. Szczerze polecam do tego zdjęcia portetowe, po części dlatego, że w sumie głównie na takich właśnie fotografiach ćwiczyłem tą technikę, a po cześci dlatego, że takie „cyfrowe” portety świetnie się prezentują. Gdy wybierzemy już zdjęcie, otwieramy je w wybranym przez nas programie graficznym. Jak wiecie, ja korzystam z Photoshopa, którego szczerze i niezmiennie polecam wszystkim, którzy chcieliby pobawić się nieco z grafiką. Następnie tworzymy nową warstwę, wybieramy pędzel i malujemy. Tak, to aż takie proste 😉 Cały trik polega na tym, że kolory których używamy pochodzą z wybranego przez nas zdjęcia. Po prostu wybieramy kolor i pokrywamy nim ten obszar zdjęcia, w którym wystepuje. Warto zwrócić uwagę na to jakiego pędzla używamy ponieważ różne pędzle dają różne efekty. Ja osobiście używam zwykle takiego, który naśladuje suche pastele. W Photoshopie nosi on nazwę Kyle’s Ultimate Pastel Palooza. Tak jak wspominałem, trik polegał na prostocie tej techniki, natomiast jej magia bazuje na swobodzie jaką oferuje ponieważ efekty jakie uzyskamy zależą nie tylko od rodzaju pędzla, ale także sposobu w jaki go użyjemy. Może chcemy, aby kolejne pociągniecia były długie i pewne, a może wolimy krótkie i chaotyczne. Użyjemy dużej ilości kolorów, czy może zredukujemy ich ilość? Może warto użyć więcej niż jednego pędzla? Chcemy ostrych, czy łagodnych przejść między barwami? I tak dalej, i tak dalej. Warto poruszyć jeszcze jedną kwestię. Mianowicie chodzi o ewentualne luki pomiędzy kolejnymi pociągnieciami pędzla. Nie widać ich podczas malowania, ale jak już usuniemy warstwę służącą za naszą bazę to może pojawić się problem w postaci wspomnianych luk. Opcji jak temu zaradzić jest kilka. Pierwsza to po prostu zamalowanie ich. Niestety może to być bardzo żmudny i niewdzięczny sposób. Drugi to nie usuwać warstwy ze zdjęciem. Jednakowoż ryzykujemy wtedy, że w lukach będzie widoczna np. tekstura skóry, albo inne rzeczy, które niekoniecznie chcielibyśmy mieć na naszym obrazie 🙂 Trzeci sposób to mój faworyt. Polega on na rozmyciu zdjęcia. Typ rozmycia jest w gruncie rzeczy dowolny. Następnie na rozmazane, pozbawione szczegołów zdjęcie nakładamy maskę w taki sposób, aby pokryć nią te fragmenty naszego obrazu, w których występują luki. Oczywiście można iść jeszcze krok dalej i nie kończyć na pokryciu zdjęcia „farbą”. Jeśli tworzymy portet, warto zastanowić się, czy zostawić oryginalne tło, czy może stworzyć jakieś nowe. Świetnym pomysłem może być również dodanie gradientu zmieniającego kolory. Można wtedy uzyskać na prawdę intrygujący efekt końcowy. Konwersja do czerni i bieli? Czemu nie. Opcji jest naprawdę bez liku, a nasza kreatywność to jedyne ograniczenie 🙂 Taka malutka rada jeszcze ode mnie, jeśli ktoś z was chciałby sobie namalować taki obrazek. Warto korzystać z kilku wartsw, a nie malować wszystkiego na jednej. Mamy wtedy zabezpieczenie jeśli coś pójdzie nie tak, a i prościej jest pracować w ten sposób. Osobiście, gdy pracuje w ten sposób z portetami tworzę nową warstwę do każdego elementu jaki maluję tj. jedna na skórę, druga na włosy, następna na ubranie, później kolejne dla ust, brwi, rzęs, białek ocznych, źrenić itd. Później kilka warstw do stworzenia tła plus ewentualne poprawki typu jasność, nasycenie barw, kontrast itp.
Wspominałem już, że ta technika jest prosta jak konstrukcja cepa?:) Tak wiem, że wspominałem, ale jak sami widzicie mówiłem prawdę. Jeśli ktoś chciałby spróbować swoich sił w digital paintingu to jest to na prawdę świetny sposób. Tyle ode mnie na dzisiaj:) Pod spodem podrzucam przykładowy portet i krótki filmik pokazujący, jak takie prace powstają. Miłego!:)